Hej wesele!

Nieczęsto zdarza nam się bywać na takich wyjątkowych przyjęciach. To trzecie wesele, w którym uczestniczyły moje dzieciaki. I w zasadzie pierwsze, które zapamiętają. Na poprzednich były za małe.

Mężczyźni mają proste rozwiązania na takie okazje, Kobiety – te mniejsze i większe czują dużo silniejszą presję. Suknię dla siebie kupiłam nie bez zgrzytów (oj nie lubię tego elementu garderoby!), dla Basi – wiadomo, uszyłam.
Nie chciałam przedobrzyć. Chciałam by czuła się przede wszystkim swobodnie i wygodnie. Jeśli chodzi o krój i dobór kolorów, Baś zdaje się mieć do mnie całkowite zaufanie. Suknia miała być tylko “taneczna”. Postawiłam na sprawdzone rozwiązanie – spódnica z koła z halką pettiskirt. W tańcu kręciła się zjawiskowo. Satyna bawełniana, z której uszyła sukienkę była miła dla ciałka i zaskakująco niegniotąca. Przez całą imprezę wyglądała nienagannie.

Pozwoliłam jednak na odrobinę szaleństwa (którą nawiasem mówiąc zasponsorowałam bez zmrużenia oka). Basia marzyła o butach na obcasie. Udało mi się kupić przeurocze lakierki na aliexpress, a mała wytrzymała w nich do 2 w nocy tańcząc jakby cały parkiet należał do niej.

Sukienka świetnie sprawdzi się też podczas nadchodzących świąt.


Skomplikowana Basia

Papavero – to z języka włoskiego “mak”. Za tym dźwięcznym słowem kryje się wyjątkowa osoba i jej pracownia. Agnieszka Tylak od wielu lat stoi na czele bardzo prężnie działającej marki zajmującej się tworzeniem wykrojów. Jest też autorką fantastycznej książki “Sukienka idealna”, w której prowadzi czytelnika za rękę, pomagając stworzyć sukienkę szytą idealnie na miarę w wymarzonym fasonie. Choć sukienki to chyba ostatnia rzecz na mojej liście rzeczy do założenia, książka zagościła w mojej bibliotece, czekając aż nadejdzie na nią czas.

Zamiast sukienek i spódnic, zdecydowanie chętniej noszę spodnie. To właśnie do nich – codziennego elementu mojej garderoby doskonale pasuje T-shirt. Swoją kolejną książką Agnieszka idealnie trafiła w moje potrzeby. “Super T-shirt” to propozycja dla wszystkich tych, dla których zwykła koszulka trykotowa to za mało i chcą urozmaicić swoją garderobę o bardziej fikuśne i wyszukane fasony. A zrobią tą modyfikując podstawowy wykrój na T-shirt i szyjąc według wskazówek zawartych w nowej książce Agnieszki.

Jakiś czas temu autorka zaproponowała mi udział przy tworzeniu książki. Wybrała dla mnie (a w zasadzie dla mojej niezawodnej modelki – Basi) fason, znając moje wcześniejsze poczynania szyciowe i muszę przyznać – trafiła w dziesiątkę. Nazwała go “Skomplikowaną Basią” i ta nazwa doskonale odzwierciedla zarówno jego wyjątkowość, jak i charakter mojej córki. Fason wyjątkowy, zdecydowanie niecodzienny, na specjalne okazje i moim zdaniem przeznaczony dla niepospolitych materiałów. Długo borykałam się z wyborem tegoż właśnie, aż wypatrzyłam w jednej z grup sprzedażowych przepiękną, mieniącą się złotem, dzianinę. I już miałam gotową koncepcję całości: od wizji zaproponowanej mi przez Agnieszkę tuniki, poprzez fryzurę, dodatki, na zdjęciach kończąc.

Książka “Super T-shirt” jest już w przedsprzedaży. To obowiązkowa pozycja dla kreatywnych i ambitnych szyjących. Ja sama nie mogę się doczekać kiedy zobaczę zdjęcie Baśki w tej publikacji. A będzie to zdjęcie jednego z wielu projektów przedstawionych w książce. Mam zaszczyt znaleźć się w niej obok koleżanek z szyciowego świata, których działalność obserwuję regularnie.

Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was nieco tą nową pozycją na coraz prężniej rozwijającym się rynku wydawnictw o tematyce krawieckiej. Po szczegóły odsyłam Was na stronę pracowni Papavero, gdzie Agnieszka, swoją prezentacją, zachęci Was do kupna swojej książki.

—> TU WIĘCEJ INFORMACJI O KSIĄŻCE <—-

A oto efekty współpracy z Agnieszką. Prawda, że zrobiło się tak… odświętnie? Jak zwykle trudno było mi ograniczyć się do zwięzłej prezentacji…


LeviOsa, not LeviosA

Uwielbiam ją. To z całej trójki głównych bohaterów najbardziej wyrazista postać. Zachwyca sprytem, jest gotowa na każdą sytuację i głodna wiedzy.

To nie pierwszy raz kiedy sięgam po motyw czarodziejski. Znów odwiedzamy Hogwart. Kilka lat po pierwszej realizacji potterowego tematu, o której pisałam tu —>KLIK<—, przyszła pora na kolejną uczennicę Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Mała dorosła do pelerynki, która w międzyczasie zwiedziła kraj służąc innym małym czarodziejom w czasie sesji zdjęciowych. Doszyłam spódniczkę do kompletu wykorzystując zalegający kupon szarej ubraniówki
Pozostałe rekwizyty to:
– własnoręcznie wykonana różdżka
– zmieniacz czasu, krawat, szalik, naszywka na pelerynce (aliexpress)
– pulowerek z lumpeksu

Happy Birthday, Baś

Kolejne urodzinki, siódme tym razem. Powód do świętowania i refleksji nad upływającym czasem. Dodatkowo jesień nastraja do nostalgicznych przemyśleń. Nie pomagają zewsząd padające: “Ale ona już duża!”, “Kiedy to było!” , “A dopiero taka maciupka była!” i najgorsze “Ale ten czas szybko leci”. Na szczęście tegoroczna jesień traktuje nas ciepłymi chwilami i barwami i jakoś ta melancholia ustępuje miejsca zabawom na świeżym powietrzu.

Ciepłych barw nie brakuje, słońce codziennie raczy złotym zachodem w towarzystwie różowych chmur. I tak mnie to złoto nastroiło i tak mi się spodobało, że nawet paskudna do szycia dziania o nazwie Lama jakoś nie wyprowadziła mnie z równowagi.

Barwy jesieni

Bez zbędnych rozważań, z maciupką porcją samego szycia – szybka akcja jesienna.

Winne pnącza zaczęły już gubić liście, lada dzień mogły zacząć straszyć golizną. Pomysł na szybką sesję narodziła się pod wpływem mojej fotograficznej kumpeli – Ani Węcel. Pozazdrościłam pięknej sesji, którą wśród czerwieni zorganizowała swojej córce i zmobilizowałam się do działania. O czerwienie w szafie w tym sezonie nietrudno (nawet dla Kuby coś się znalazło). Do kompletu brakowało jedynie czerwonej czapki dla Basi. Odwiedziłam wszystkie sklepy w mieście, ale te okazały się jeszcze kompletnie niegotowe na nadchodzącą zimę. Pozostała wizyta w lumpeksie, zakup swetra w czerwonym kolorze i szybkie skrojenie czapy.

Przy zachodzącym słońcu, z nieukrywanym zniecierpliwieniem pozowali do zdjęć Barbara i Jakub…

Sielskie Bieszczady

Kończąc opowieść o naszej bieszczadzkiej przygodzie, muszę wspomnieć o wspaniałej wizycie u uroczych zwierzaków – alpak. Ujęły nas ogromnie, choć szybko dość znudziły się naszą obecnością. Udało się jednak złapać kilka przytulasów i kilka szturchańców od najmłodszego członka stada.

A wieczorem, na łące napawaliśmy się spokojem i rześkim powietrzem.
Towarzyszył nam sprawdzony komplecik, który na tą okazję uszyłam po raz kolejny, tym razem na sukienkę wykorzystując spódnicę z lumpeksu.

Odprułam nadmiar cekinów, górę sukienki uszyłam z podszewki spódnicy (szczęśliwie z tej samej tkaniny, co reszta spódnicy). A fartuszek – z tkaniny lnianej zakupionej w jednej z grup.

Jubileuszowo w szkocką kratę.

Wielokrotnie rozpisywałam się o początkach moich pasji. O tym jak po urodzeniu synka sięgnęłam po aparat i o tym jak nosząc pod sercem córkę zapragnęłam nauczyć się się szyć. O tym, jak odkrycie Pinteresta zamotało resztkami wolnego czasu i ile mam szczęścia mogąc połączyć dwie pasje ze sobą.

Ponad sześć lat temu borykałam się z dylematem czy otworzyć działalność gospodarczą ukierunkowaną na szycie. Zbiegło się to z moim powrotem do pracy po “urlopie” macierzyńskim. Zdecydowałam się na ten krok nie ponosząc w sumie większego ryzyka – mogłam zrezygnować w każdej chwili. Byłam jednak mocno zdeterminowana by utrzymać moją firmę na dobrych torach i … szczęśliwie dobrnęłam do miejsca, w którym jestem teraz. A dokładnie 6 lat temu moja firma zaczęła formalnie istnieć. Szczerze mówiąc – nie miałam nawet chwili zwątpienia i myśli o zamknięciu działalności, choć wszystko od początku do końca robiłam sama, łącząc firmę z pracą na etacie, zajmowaniem się dwójką dzieci i domem. Zawsze powtarzałam, że grunt to dobra organizacja i wsparcie małżonka i domowników.

Dziś, oprócz realizowania zamówień klientów, sporo czasu poświęcam na autorskie projekty. Na wyjątkowe i pojedyncze egzemplarze, które powstają z potrzeby tworzenia i poszukiwań. To kolejne kreacje i sesje zdjęciowe dzieci (głównie córeczki, Basi) zaprzątają moją głowę nieustannie. Wieczorami, gdy domownicy śpią, spędzam godziny na wyszukiwaniu w internecie tkanin, szkicowaniu, obliczeniach. W tle zwykle towarzyszy mi zawsze jakiś serial, które zresztą oglądam nałogowo. Kolejne odcinki, czy całe serie mijają w mgnieniu oka podczas szycia i pracy biurowej.

I tak gładko przechodzę do sedna dzisiejszego wpisu. Jedna z produkcji znalazła szczególne miejsce w moim sercu. Chyba żaden z dotychczas obejrzanych seriali nie wzbudzał tak mocnych emocji ( a obejrzałam ich mnóstwo. Niektóre po kilka razy). Choć wciąż czekam na kolejne losy ulubionych bohaterów (kolejna seria w trakcie kręcenia), wiem, że to pierwsze dwie serie będą tymi, do których wrócę nieraz.
Mowa o serialu “Outlander”, którego akcja rozpoczyna się w XVIII wiecznej Szkocji. Już po kilku odcinkach wiedziałam, że będę chciała oddać klimat tych czasów ubiorem i sesją zdjęciową z Basią w roli Claire. Wycieczka do Szkocji odpadała, choć tam z odpowiednimi plenerami byłoby najłatwiej o dobre kadry. Wystarczyło jednak tak zaplanować lipcowy urlop, by w pobliżu miejsca pobytu znalazły się jakieś klimatyczne, niezbyt uczęszczane ruiny, może jakiś strumyczek – miejsca, które wyglądem pomogą nam poczuć się jak bohaterka serialu.

Odnalezienie odpowiedniego miejsca okazało się znacznie mniejszym wyzwaniem niż uszycie stroju. W skład garderoby weszły:
– koszula z bawełnianego batystu
– halka z płótna bawełnianego
– spódnica z kraciastej wełny
– sznurowany żakiecik
– wkładka gorsetowa
– mitenki i chusta (wydziergane przez moją mamę)
– biały szalik z batystu
– pas i torebka z resztek skór licowych
– buty (model z Zary sprzed 3 lub 4 lat)

A oto nasza inspiracja – Claire Fraser. W tą rolę brawurowo wcieliła się Caitriona Balfe.

https://outlanderonline.files.wordpress.com/2014/10/tumblr_ne4svz6tz21rx3u4yo1_400.jpg
https://dressingtime.tumblr.com/post/114515675749/outlander-claire-beauchamp-fraser-1743-dresses
https://caitrbal80.tumblr.com/post/180349332540/caitriona-balfe-claire-fraser-behind-the

Jeśli natomiast jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć serialu “Outlander” lub na pierwszy rzut oka nie wzbudza Waszego zainteresowania, koniecznie dajcie mu szanse. Odłóżcie cokolwiek robicie i zajrzyjcie do XVIII wiecznej Szkocji. Znajdziecie tam romans, który powoduje gęsią skórkę, sceny, które wyciskają łzy, postaci, które odrażają i zachwycające krajobrazy. Sama fabuła też nielicha, wciąga z każdym odcinkiem coraz bardziej. O odtwórcy głównej roli męskiej nie wspominając…