Mój pierwszy raz…

… z poliestrem w roli głównej.

Tak się zarzekałam, tak wzbraniałam… Że poliester jest fe, że to dziwne, że na ubrania się nie nada. Ale nie samymi ubraniami człowiek żyje. A kto mnie zna wie, że do ubrań mam stosunek delikatnie mówiąc ambiwalentny (no chyba, że chodzi o garderobę córy ;)).

Platforma Craftsy, która niedawno przeszła rebranding i występuje pod nową nazwą – Bluprint, to ogromne źródło wiedzy wszelakiej. Można znaleźć tu kursy szycia, dekoracji tortów, fotografii i wiele innych. Platforma w nowej wersji oferuje zakup dostępu do wszystkich kursów i doskonalenie umiejętności czy naukę nowych sprawności. Skusiłam się na zakup takiego dostępu na rok i oglądam kursy jak najciekawsze seriale!

Jeden z kursów poprowadził mnie za rękę przez proces szycia kosmetyczki podróżnej. Kilka godzin filmików instruktażowych, szczegółowe wymiary i lista potrzebnych rzeczy – to gwarancja sukcesu. “Wystarczyło” pobuszować po sklepach internetowych i zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy. Już na wstępie założyłam, że jedna kosmetyczka to mało. Zbliżał się Dzień Matki, imieniny bratowej – w planach miałam uszycie co najmniej dwóch na prezent.

I tak powstały. Moje trzy ukochane nadruki zostały przepikowane z jednolitą tkaniną. Doszyłam kieszonki z winylu i siatki kaletniczej. Naklęłam się przy lamowaniu i z nieukrywaną satysfakcją obserwuję efekt końcowy.


Krynolina

Definicja krynoliny jest dość jednoznaczna – sztywna spódnica, suknia, halka uszyta z materiału rozpiętego na metalowych obręczach lub włosiance. Jednak w trakcie swoich internetowych poszukiwań spotkałam się z jeszcze jedną formą krynoliny. Pod tą nazwą kryje się również siateczka wszywana w brzegi spódnicy, by nadać jej objętości. Efekt jest piorunujący. Widywałam takie wykończenia w sukienkach używanych w trakcie sesji zdjęciowych, w sukniach ślubnych. Przyszła pora na wypróbowanie jej w swojej pracowni. Na polskim rynku trudno o duży wybór, cena niejednokrotnie powala. A należy wspomnieć, że dla spektakularnego efektu owej krynoliny trzeba użyć naprawdę dużo.

Na potrzeby tego projektu wykorzystałam około 20 metrów taśmy o szerokości 8 cm. Zakupiłam ją na aliexpress za bardzo rozsądną cenę. Sugeruję tam rozpocząć poszukiwania. Spódniczka składa się z kilkunastu kół obszytych krynoliną i doszytych do halki – bazy z półkola.

Wiosny przywoływanie

Chyba na żadną inną porę roku nie czeka się tak bardzo jak na wiosnę. To zapowiedź zmian, nowych wyzwań. To pora, kiedy wraz z ciepłymi promykami wracają noworoczne postanowienia poganiane rosnącymi słupkami termometrów. To pora na garderobiane szaleństwo i żadna inna pora roku nie będzie tak łaskawa dla szaleństw przy maszynie jak wiosna właśnie.
My przywitałyśmy nadejście ciepłych dni w dość przewidywalny sposób, poruszając się pośród sprawdzonych krojów i wzorów dzianin. Nie mogło zabraknąć kwiatów – te kojarzą się bardzo jednoznacznie z najpiękniejszą porą roku. Dla efektu WOW dobrałyśmy pasującą pettiskirt jako halkę. Baś zaskakuje mnie coraz bardziej świadomością kolorów i fasonów: ich komponowania i zabawy efektami. Mam wrażenie, że elegancko nadrabia to, czego jej mama jako dziewczynka była pozbawiona żyjąc w takich, a nie innych, latach.

Baś i uliczki Miasta

To zaskakujące jak w małym miasteczku, które teoretycznie znam na wylot, łatwo o urokliwe miejsce, które niespodziewanie odkryje klimat z innej epoki.
Nowo uszyta sukienka, która powstała w ramach testowania wykroju do HeidiandFinn niejako wymogła na nas znalezienie odpowiedniego miejsca do zdjęć, które odda klimat, jaki zamierzałam stworzyć szyjąc nowy strój. Wykrój przywołał na myśl uroczy strój szkolny w stonowanej kolorystyce. Sięgnęłam po zachomikowany materiał z bliżej nieokreślonego źródła i widziałam, że z użyciem odpowiednich dodatków uda mi się przywołać estetykę sprzed kilkudziesięciu lat.
Kluczowym rekwizytem okazała się moja studencka torba, która mogła posłużyć za tornister. Do kompletu dobrałam jedną z cenniejszych książek z mojego dzieciństwa i beret kupiony dawno “na wszelki wypadek”.

Kocyk chenille

Chenille – termin pochodzi z języka francuskiego i oznacza gąsienicę. Patrząc na wyroby szenilowe trudno oprzeć się wrażeniu, że termin jest wyjątkowo trafny. Stojące w rządkach puchate gąsienice, jedna tuż przy drugiej. Cudny widok. Kojarzę modne swojego czasu swetry i inne wyroby dziewiarskie w takie właśnie gąsienice. I przyszła pora by te puchate rządki zagościły w mojej pracowni. Wcześniej kilkakrotnie podczas moich pinterestowych nasiadówek, przemknął mi kocyk do złudzenia wyglądający jak wykonany z szenilowej tkaniny. Wykonanie wydawało się proste, w szufladzie spoczywała odpowiednia tkanina, wystarczyło domówić jeden kupon i przystąpić do działania.

Kocyk okazał się bardzo milutki, ładnie otula ciało. I co warto podkreślić, wykonany jest z tkanin 100% bawełnianych, jest zatem doskonałą alternatywą dla poliestrowych wyrobów z użyciem minky.

Idealną do tego projektu flanelę miałam zachomikowaną od kilku lat: w dwóch kolorach – kremowym i miętowym. Dokupiłam róż w  sklepie Miekkie i dobrałam na spód bawełnę (również z zapasów).

Instrukcja wykonania tego kocyka już wkrótce 😉

Lama Lucy

To zwierzę mieszka z nami od stycznia. Ma zmierzwione futro, przybrudzone siodełko – jest za to bardzo kochane przez swoją Panią. Alpaka podróżuje z nami, śpi w cieplutkiej pościeli, gdzie jest czule głaskana przed snem.
W zasadzie nie do końca wiemy czy to lama czy alpaka, planujemy w wakacje rozwiać wątpliwości odwiedzając hodowle obu;). Na potrzeby chwili nazwaliśmy ją Lama Lucy.
Uszyta z białego futerka – resztek po białym płaszczu, wypchana kulką silikonową, która służyła za imitację śniegu w zaprzyjaźnionym studio w trakcie świątecznych sesji fotograficznych. U nas nic się nie marnuje!

 

Pierwsze trójkąty wiosny nie czynią…

Ktokolwiek obserwuje moje patchworkowe próby, zauważy pewną prawidłowość. Dotychczas zszywałam wyłącznie kąty proste. Kwadraty i prostokąty – nie wychodziłam poza bezpieczną strefę.

Tymczasem trójkąty bardzo często pojawiają się w moim ulubionym cyklu na YouTube – Midnight Quilt Show. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji tam zajrzeć, koniecznie spróbujcie. Prowadząca Angela Walters z dużą dozą humoru pokazuje jak stworzyć wyjątkowe quilty. Odcinki są po angielsku, ale każdy, kto będzie miał kłopoty ze zrozumieniem, może po prostu nacieszyć oko feerią barw. Przy kolejnym sezonie programu postanowiłam podjąć trójkątowe wyzwanie o nazwie HST (half square triangle).

Kwestia wyboru kolorystyki do sypialni próbowała się rozwiązać już któryś miesiąc. Szare ściany i białe dodatki potrzebowały barwnych plam. Turkusowych? Różowych? Wybór, zaskakujący dla mnie samej, padł na zielenie. Wystarczyły świeczki  w Pepco, które kompletnie pokrzyżowały moje kolorystyczne plany. Przegląd szafy, małe zakupy, pomiary i obliczenia. Układ trójkątów na narzucie miał z założenia być chaotyczny. Koleżanki z grupy fb Patchwork po Polsku doradzały jednak, by ów chaos spróbować zaplanować. Czy mi się udało? Żmudnie układane w idealnie zaplanowany chaotyczny wzór trójkąty, postanowiły w trakcie zszywania zmienić swoje miejsce w szeregu i i planowany chaos już nie do końca był taki zaplanowany.

Wśród dodatków znalazło się jeszcze więcej świeczek oraz dziergane koszyczki, które wykonała dla mnie Agnieszka z hoohooworld. Jeszcze tylko ściany czekają na ubranie w botaniczne plakaty. I tak gotowi czekamy na wiosnę;)

Wartość szycia

To będzie bardzo długi wpis.  Najdłuższy ze wszystkich moich dotychczasowych. Ogromne brawa dla tych, którzy dotrwają do końca. Mógł być zwykłym wpisem, raczej galerią zdjęć, jak większość moich dotychczasowych, jednak za sprawą pewnej akcji w środowisku szyciowym zainicjowanej przez Janka Leśniaka postanowiłam temu konkretnemu nadać nieco inny charakter. Już raz miałam okazję w podobny sposób podsumować swój projekt —> KLIK<—- podliczając koszt odszycia zestawu ubrań dla córki. Tym razem jednak akcja “Wartość szycia” skupia się na odpowiedzi na pytanie “Jak myślisz, ile?” – czyli innymi słowy zachęcenie czytelników do rozważań nad czasem, który osoba szyjąca poświęciła na stworzenie konkretnego projektu. Akcja ma na celu uświadomienie wartości naszej pracy i budowaniu szacunku do ubrań szytych na miarę. Gdy akcja ruszyła w grudniu, na warsztacie miałam raptem t-shirty i legginsy, ale w głowie już tworzył się zarys na kolejny – ambitny projekt.

Wpis ten jest historią powstawania płaszczyka dziewczęcego, okoliczności w jakich rodził się pomysł, problemów, dylematów i … ogromnej satysfakcji z ukończonego dzieła. Z pełną świadomością i bez zbędnej kokieterii używam tego określenia przechodząc co jakąś chwilę obok manekina i ciesząc wnętrze dłoni uczuciem miękkości futerka i faktury pikowania.

Sprawczynią całego zamieszania jest członkini grupy Szycie-Wykroje-DIY, Diana, która 22 września zamieściła post z wykrojem płaszcza dziewczęcego. Oczy zaświeciły się, wykrój wylądował w koszyku i… pojawił się pierwszy problem. Zakupu mogła dokonać wyłącznie osoba mieszkająca w Niemczech lub Austrii. Zniechęciłam się, odłożyłam temat na później. Wrócił jednak jak bumerang i 19 listopada po kilku dniach korespondencji ze sprzedawcą udało się pokrętnie zdobyć upragniony plik. Oczywiście kupując go wietrzyłam nadciągającą katastrofę w postaci języka niemieckiego (wykrój i tutorial są po niemiecku) – języka kompletnie poza zasięgiem moich możliwości.  Po dłuższym buszowaniu w sieci udało mi się znaleźć sposób na szybką konwersję pliku PDF do .doc celem późniejszego tłumaczenia za pomocą Google. Tekst po polsku, który zaproponował tłumacz nie nadawał się do niczego, wersja angielska nie wyglądała wiele lepiej. Pozostawało opierać się na ilustracjach, które, na szczęście, towarzyszyły każdemu etapowi szycia.

W facebookowej grupie projektantki wykroju spotkałam się z informacją, że wypada on raczej maławy i należy brać o rozmiar większy, zwłaszcza jeśli planuje się tworzenie wersji ocieplanej. Po wydrukowaniu, sklejeniu i wycięciu elementów dla rozmiaru 116 (Baś nosi 110) przystąpiłam do odszycia próbnego modelu z “roboczej” tkaniny. Pasował idealnie – tzw. slim fit. Nie było jednak mowy by ten sam rozmiar mógł służyć do uszycia elementów docelowego płaszcza. No więc… kolejne drukowanie, sklejanie, wycinanie…

Następny ważny element pracy nad tym modelem to realizacja pomysłu, który zrodził się jeszcze na etapie przygotowywania pikowanej ociepliny do kurteczki —> MEHNDI <—. Szykując tą pikówkę z wykorzystaniem metody pikowania z tzw. wolnej ręki (free motion quilting) oczyma wyobraźni widziałam podobny efekt, ale tym razem na wierzchu ubrania. Kolejny dylemat – jaki motyw pikowania będzie odpowiedni dla tego kroju – rozważałam  w każdej wolnej chwili, przez kolejne dni.  Godzinami pikowałam próbne elementy dopasowując do elementów wykroju.

Biała bawega (uwielbiam tą tkaninę!) spięta szpilkami z owatą w tzw. kanapkę łatwo poddawała się ruchom pod ramieniem maszyny i efekt zadowalał z każdą chwilą bardziej. Wypikowane elementy zostały wycięte wraz z elementami podszewki. Przystąpiłam do zszywania. Po odszyciu próbnego modelu docelowy płaszcz powstał można powiedzieć w oka mgnieniu. Nie obyło się jednak bez dramatu. W trakcie wspólnego odrabiania lekcji z synem przy maszynie (wielozadaniowość jest moją mocną stroną) długopis “niechcąco” zarysował rękaw płaszcza.  Łzy, strona internetowa z poradami, zmywacz do paznokci z acetonem – sytuacja została opanowana.

Miałam wrażenie, że jestem o krok od efektu WOW, brakowało dosłownie szczegółu. Wyróżnienie w konkursie sklepu e-futro i voucher na zakupy tamże podsunęły myśl gdzie szukać przysłowiowej wisienki na torcie. Futerko – biały lisek było u mnie dwa dni po złożeniu zamówienia. Z uwagą przejrzałam tutorial odnośnie cięcia futra i obyło się bez bałaganu. Serio! Ledwo kilka włosków na podłodze. Futro zdecydowałam się przyszyć ręcznie – głównie dlatego, by mieć możliwość łatwego odprucia, gdy zajdzie potrzeba użycia płaszcza w innej, niż zimowa, scenerii.  Trwało to dokładnie całego “Forresta Gumpa” na TVN i połowę “Był sobie chłopiec” na tym samym kanale.

W poszukiwaniach odpowiedniego zapięcia znowu przyszły z pomocą nieocenione współszyjące koleżanki z grupy. Dokładnie wiedziałam jakie wybrać, nie wiedziałam jak ich szukać, pod jaką nazwą. Dziewczyny pomogły: SZAMERUNEK – efektowne zapięcie ze sznureczka. Wiercąca się i już lekko zniecierpliwiona nieustannymi przymiarkami modelka nie pomagała. Doszywanie zapięcia trwało wieczność…

Pozostały akcesoria. Czapa z futra powstała szybciutko, pomógł nieoceniony Youtube z filmikami instruktażowymi. Baś autentycznie lubi to futrzaste nakrycie głowy. Byłyśmy gotowe na sesję. Początkowo planowałam główną sesję zdjęciową w ośnieżonych górach, ale ostatecznie zdecydowałam się na próbne strzały w domowym zaciszu. Przekupiona kapciami  w kształcie jednorożca Baś współpracowała jak nigdy, podrzucając co rusz swoją koncepcję ujęcia.

Pora na podsumowania liczbowe

KOSZT:

  • bawega (1,5 m) – 33 zł
  • podszewka (1 m) – 3 zł
  • ocieplina (1,5) m – 6 zł
  • szamerunek (3 szt.) – 6 zł
  • wykrój – 43 zł
  • materiał do próbnego odszycia – 4 zł
  • nici do pikowania – 7,50 zł

Do całościowego kosztu należałoby doliczyć koszt nowej igły, prądu, tuszu do wydruku i kartek, połowy tubki kleju, no i koszt wysyłki z 3 sklepów internetowych (około 35 zł)

Aby uszyć płaszczyk wydałam 137,50 zł.

CZAS:

  • korespondencja, procedury związane z zakupem wykroju, poszukiwanie tkaniny, szamerunku, nici – 1 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał, wycięcie, odszycie próbne – 4 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał – 1,5 godz.
  • kanapkowanie tkaniny z owatą, przeniesienie elementów – 1 godz.
  • próbne pikowanie – 5 godz.
  • docelowe pikowanie – 4 godz.
  • wycięcie wszystkich elementów na docelowy płaszcz – 1 godz.
  • zszycie elementów – 5 godz.
  • przyszywanie ręczne pasków futra – 4 godz.
  • przymiarki, przyszycie zapięcia – 1 godz.
  • uszycie czapki – 1 godz.

Razem – 28,5 godziny. Czasy podane to zsumowane okresy faktycznej pracy pomiędzy wszelakimi rodzinno/domowymi sprawami, które wiązały się z ciągłym wstawaniem od maszyny. Przerwy nie zostały wliczone.

Ale… nie zapominajmy o przygotowaniu tego wpisu:

– sesja zdjęciowa (rozłożenie sprzętu, stylizacja włosów, czas na zdjęcia) – 1,5 godz.

– obróbka zdjęć – 4 godz.

– tworzenie wpisu – 2 godz.

Tak w dużym skrócie wygląda moja praca nad każdym prezentowanym projektem. Oczywiście nie zawsze trwa ona tak długo, czasem bardziej rozwlecze się w czasie, czasem mniej. Niemniej jednak zawsze zaprząta myśli. W trakcie jazdy samochodem, przy obiedzie, przed snem. Czy warto? WARTO! Ta historia nie została jednak spisana, by opisać satysfakcję z udanego projektu. Mam nadzieję, że jak inni uczestnicy akcji Janka, pokazałam, że szycie na zlecenie nigdy nie będzie porównywalne cenowo z zakupem ubrań z sieciówki. W społeczeństwie nadal funkcjonuje przeświadczenie, że krawcowa uszyje taniej.  Pewnie czasem tak będzie, każda szyjąca osoba inaczej wyceni swoją pracę. Ja wolę myśleć, że prawdziwą wartością będzie unikatowa rzecz, uszyta zgodnie z wymiarami, ładnie dopasowana, z wymarzonej tkaniny…

 

 

 

Czy Bambi był chłopcem czy dziewczynką?

Bo jeśli był dziewczynką, to różki z gałązek nijak nie pasują… Nie byłyśmy w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć tej kwestii, nie było czasu na oglądanie bajki po dłuższej przerwie. Postanowiłyśmy zaufać intuicji – postawiłyśmy na chłopca. Po sesji zdjęciowej Basia zdecydowała jednak odkleić rogi, chciała mieć sarenkę.

Po wykrój sięgnęłam do jednej z książek Tonne Finnager “Fairy Tale Wonderland”. To jedna z bardziej udanych pozycji w kolekcji tej skandynawskiej projektantki. Pełna baśniowych postaci  i jak zwykle cudnych zdjęć.  Jelonkowy, zamszowy materiał leżał u mnie przynajmniej 5 lat (na początku swojej przygody z szyciem namiętnie kupowałam ciekawe koszule w lumpeksie  z myślą o daniu im drugiego życia), ale przyszedł na niego czas.

Świąteczny czas…

Przygotowania do Świąt w każdym roku przybierają inny charakter. Raz pieczołowicie szykuję prezenty, innym razem idę w tej kwestii na łatwiznę, angażując całą energię w nowe dekoracje do domu.  Przychodzi mi to z trudem. Nie mam zmysłu dekoratorskiego, a wizyta w centrum ogrodniczo-dekoracyjnym skutkuje bólem głowy od nadmiaru stylizacji. Nie umiem też lekką ręką wydać kilkuset czy tysiąca złotych na dekorację, która rozstawiona w domu może wyglądać inaczej niż sobie wymarzyłam buszując wśród sklepowych półek.

Od kilku lat szykuję elementy dekoracji (raczej przypadkowe, pod wpływem impulsu), które dołączają do zeszłorocznych i komponują się z nimi raz lepiej, raz gorzej. Dekoracja z zeszłego roku ozdobiła dom i tym razem. Na pólkach zasiadły też niedźwiedzie polarne. Planem na ten rok były figurki żołnierzyków inspirowane klimatem baśni Andersena z wykorzystaniem wykroju od Tonne Finnanger (skandynawskie wzornictwo). Jakkolwiek pięknie i prosto wyglądają w książce, szycie wymaga skrócenia szwu i manewrowania po zakrętach.  A wypychanie wąziutkich elementów? Istna tortura!