Hej wesele!

Nieczęsto zdarza nam się bywać na takich wyjątkowych przyjęciach. To trzecie wesele, w którym uczestniczyły moje dzieciaki. I w zasadzie pierwsze, które zapamiętają. Na poprzednich były za małe.

Mężczyźni mają proste rozwiązania na takie okazje, Kobiety – te mniejsze i większe czują dużo silniejszą presję. Suknię dla siebie kupiłam nie bez zgrzytów (oj nie lubię tego elementu garderoby!), dla Basi – wiadomo, uszyłam.
Nie chciałam przedobrzyć. Chciałam by czuła się przede wszystkim swobodnie i wygodnie. Jeśli chodzi o krój i dobór kolorów, Baś zdaje się mieć do mnie całkowite zaufanie. Suknia miała być tylko “taneczna”. Postawiłam na sprawdzone rozwiązanie – spódnica z koła z halką pettiskirt. W tańcu kręciła się zjawiskowo. Satyna bawełniana, z której uszyła sukienkę była miła dla ciałka i zaskakująco niegniotąca. Przez całą imprezę wyglądała nienagannie.

Pozwoliłam jednak na odrobinę szaleństwa (którą nawiasem mówiąc zasponsorowałam bez zmrużenia oka). Basia marzyła o butach na obcasie. Udało mi się kupić przeurocze lakierki na aliexpress, a mała wytrzymała w nich do 2 w nocy tańcząc jakby cały parkiet należał do niej.

Sukienka świetnie sprawdzi się też podczas nadchodzących świąt.


Sielskie Bieszczady

Kończąc opowieść o naszej bieszczadzkiej przygodzie, muszę wspomnieć o wspaniałej wizycie u uroczych zwierzaków – alpak. Ujęły nas ogromnie, choć szybko dość znudziły się naszą obecnością. Udało się jednak złapać kilka przytulasów i kilka szturchańców od najmłodszego członka stada.

A wieczorem, na łące napawaliśmy się spokojem i rześkim powietrzem.
Towarzyszył nam sprawdzony komplecik, który na tą okazję uszyłam po raz kolejny, tym razem na sukienkę wykorzystując spódnicę z lumpeksu.

Odprułam nadmiar cekinów, górę sukienki uszyłam z podszewki spódnicy (szczęśliwie z tej samej tkaniny, co reszta spódnicy). A fartuszek – z tkaniny lnianej zakupionej w jednej z grup.

Wielkopolska Prowansja

Od kilku lat podziwiam klimatyczne sesje plenerowe koleżanek i kolegów fotografów, którzy pod koniec czerwca odwiedzają nasze polskie lawendowe mini-plantacje i czarują fioletem. Jakoś niespecjalnie mi się do tej pory składało zwłaszcza, że najbliższe pole oddalone jest jakieś 1,5 godziny drogi od naszego domu (niby niespecjalnie daleko, ale chęci do takiej podróży po kilka ujęć wciąż brakowało).

Okazja nadarzyła się przy okazji odwożenia syna na obóz konny w niedalekie okolice. Choć pora dnia i warunki pogodowe nie wróżyły powodzenia tej misji (godzina 17ta, bezchmurne niebo i palące słońce). Tego typu zdjęcia najlepiej wychodzą przy zachodzie słońca, przy delikatnym zachmurzeniu. By jakoś “zmiękczyć” ostre światło posłużyłam się blendą z dyfuzorem, którą uczynnie nadzorował mąż.

Strój… No tak, nie uszykowałam nic na tą okazję. Pomysł sesji narodził się dość spontanicznie. Na szczęście uszyta dawno sukienka i kapelusz zdawały się czekać na jeszcze jeden występ. Sprawdziły się doskonale.

A gdzie odbyła się nasza sesja? Koniecznie odwiedźcie Lawendowe Zdroje
i poczujcie wyjątkowy zapach i wspaniały klimat tego uroczego miejsca!

Drugie życie

Wtorkowe wizyty w lokalnym lumpeksie na stałe wpisały się w mój tygodniowy rozkład atrakcji. Wtorkowe, bo cena najniższa. Na wieszakach i półkach znajdują się już tylko przebierane przez cały tydzień sterty ubrań. I prawie zawsze wypatrzę perełkę, obok której klienci przechodzili obojętnie od czasu środowej dostawy.

Dwie zasłony z bawełnianej tkaniny z podszewką to w sumie 16 metrów kwadratowych materiału do dalszej pracy i wzór, który w wyobraźni miał stać się romantyczną sukienką letnią.

Wyprane, rozprute, rozprasowane spoczęły w szufladzie w oczekiwaniu na szycie i letnie plenery zdjęciowe.

Wybrałam fason dość karkołomny. Nie tyle w samym szyciu, co prasowaniu. Na samą myśl o tym, zaczynam żałować tego wyboru jakkolwiek uroczo prezentuje się w gotowym wyrobie.

Wiosny przywoływanie

Chyba na żadną inną porę roku nie czeka się tak bardzo jak na wiosnę. To zapowiedź zmian, nowych wyzwań. To pora, kiedy wraz z ciepłymi promykami wracają noworoczne postanowienia poganiane rosnącymi słupkami termometrów. To pora na garderobiane szaleństwo i żadna inna pora roku nie będzie tak łaskawa dla szaleństw przy maszynie jak wiosna właśnie.
My przywitałyśmy nadejście ciepłych dni w dość przewidywalny sposób, poruszając się pośród sprawdzonych krojów i wzorów dzianin. Nie mogło zabraknąć kwiatów – te kojarzą się bardzo jednoznacznie z najpiękniejszą porą roku. Dla efektu WOW dobrałyśmy pasującą pettiskirt jako halkę. Baś zaskakuje mnie coraz bardziej świadomością kolorów i fasonów: ich komponowania i zabawy efektami. Mam wrażenie, że elegancko nadrabia to, czego jej mama jako dziewczynka była pozbawiona żyjąc w takich, a nie innych, latach.

W zgodzie z tradycją…

Jakoś tak poukładały się moje szyciowe poczynania, że corocznie przygotowuję świąteczną sukienkę dla córki. To chyba raczej moje widzimisie, niż autentyczna potrzeba Basi. W szafie wiszą jeszcze kreacje z lat ubiegłych ( np. —> ta <—-), gdyż Mała rośnie niespiesznie, a tu sklepy internetowe tradycyjnie kuszą nowymi wzorami. I tak oto urzekła mnie kolekcja Camelot Fabrics, którą wypatrzyłam w sklepie Miekkie. A kolekcje tkanin mają to do siebie, że każdy ze wzorów pasuje do innego i można dowolnie mieszać i łączyć wzory w jej obrębie.

I przyznam szczerze, miałam spory dylemat by wybrać jeden z nadruków na świąteczną sukienkę. W dwóch zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Dość odważne połączenie wydawało mi się mało racjonalne – dwa różne i dość charakterystyczne wzory mogły kłócić się w jednym produkcie,  ale serce podpowiadało by dać upust świątecznej jarmarczności i pozwolić sobie na odrobiną szaleństwa.

W stylu Boho

Stosunkowo świeży wykrój od Simple Life Sewing Patterns wylądował w koszyku jakieś dwa tygodnie temu.  To wzór o dwóch opcjach długości (sukienka/top) oraz kilku fasonach rękawa. Dawał obietnicę szybkiego efektu bez zabawy w zapięcia (ciuszek zakłada się przez głowę). Do kompletu potrzebowałam zwiewnej, letniej tkaniny i wybór padł na mięciutki jeans w gwiazdki od Miekkie.

Materiał w 100% spełnił moje oczekiwania. Tkanina w charakterze przypominająca amerykańskie bawełny patchworkowe (nieco cieńsza). Gniecie się umiarkowanie (jak to bawełna), ale łatwo rozprasowuje. Nadruk po praniu nienaruszony (pranie w 30 stopniach). Resztki po praniu zamierzam poddać działaniu suszarki bębnowej, by dokładnie sprawdzić właściwości nadruku
W pierwszym praniu (dekatyzacja) straciła raptem centymetr (z półtora metra), więc kurczliwość znikoma. Szyła się kompletnie bezproblemowo, do tego fasonu sukienki potrzebowałam czegoś, co ładnie będzie się marszczyć i podwijać cieniutkim brzegiem. Srebrne gwiazdki mienią się cudnie w słońcu – efekt WOW gwarantowany.

A oto efekty moich wieczornych przyjaźni z boho-wykrojem i gwiaździstym jeansem.

Czy to się opłaca?

Od kilku lat jestem aktywnym użytkownikiem wielu grup zrzeszających fanki szycia na Facebooku. Te grupy mają różny charakter: sprzedażowy, dyskusyjny, szkoleniowy… Obecność w tych społecznościach daje mi wgląd w rynek materiałów, możliwość dzielenia się swoją działalnością, mnóstwo inspiracji i cennych wskazówek. Sama jestem samoukiem. Mogę śmiało stwierdzić, że nie osiągnęłabym tego etapu bez wsparcia i komunikacji z innymi członkiniami (znaczna większość to kobiety) grup.  Grupy wyparły w znacznej mierze fora o podobnej tematyce – to miejsca, gdzie na zadane pytanie, umieszczony post, reakcja jest niejako natychmiastowa. Z doświadczenia wiem, że członkinie grupy potrafią rozwiązać różne dylematy w przeciągu kilku godzin (również nocnych).

Jak bumerang powraca w grupach pytanie o opłacalność samodzielnego odszywania odzieży. Moje doświadczenie w tej materii obejmuje wyłącznie odzież dziecięcą (syn – rozmiar ok. 130, córka – ok.110/116) i tylko dla nich szyję z zakupionych dzianin i tkanin. Do pewnego momentu poruszałam się w obrębie wyszukanych wykrojów – fantazyjnego płaszczyka, czapki lotnika itp. W pewnym momencie i na przekór tego, co wcześniej głosiłam (że t-shirty z sieciówek są wystarczająco dobrej jakości), postanowiłam “wyprodukować” kilka sztuk odzieży z kategorii BASIC (a więc podstawowej, do codziennego noszenia). To głównie spodnie dresowe i bluzki z krótkim rękawkiem dla syna i legginsy (tych w przeciągu 3 lat uszyłam ponad 30) oraz popularne long sleeve’y z panelami w koty, kucyki i co tam było aktualnie na tapecie – dla córy.

I zawsze biję się z myślami – czy nie lepiej po prostu kupić aktualnie potrzebne ubrania zamiast godzinami buszować po sieci w poszukiwaniu odpowiednich materiałów, szykować wykroje, czy ostatecznie szyjąc. I różnie to bywa. Oczywiście kupuję większość ciuszków – zwykle na wyprzedażach sezonowych i czasem o rok lub dwa do przodu. Ale jest też tak, że jakiś wzór skradnie moje serce i wiem, że dla samej przyjemności obcowania z materiałem, muszę go mieć i z niego szyć.

Tak było tym razem. Urocza dzianina w wzór w lale wylądowała w koszyku natychmiast gdy ją zobaczyłam w sklepie internetowym Dzianina z pętelką . Po rozpakowaniu przesyłki utwierdziłam się w przekonaniu, że to był doskonały wybór (fantastycznej jakości dzianina z idealnym nadrukiem). Pozostało przemyśleć fasony ubrań dla 4,5 letniej Basi. Nie był to proces najłatwiejszy, ale postanowiłam zacząć od tuniki z wykorzystaniem panela dzianinowego z pojedynczą lalą. Kolejne modele chciałam przemyśleć tak, by wykorzystać możliwie najwięcej z zakupionej dzianiny. Postanowiłam dołączyć jasnoróżowy jersey dla urozmaicenia.

 

W eksperymencie udział wzięły:

Panel z lalką Hanką – 11,50 zł

Dzianina z pętelką (tło) – 45 zł

Dzianina z pętelką – laleczki – 45 zł

Jersey jasnoróżowy – 26 zł

sznurek jasnoróżowy – 0,5 zł

ściągacz dresowy jasnoróżowy – 3,5 zł

ściągacz t-shirtowy jasnoróżowy – 2,50 zł

ściągacz t-shirtowy szary – niewielki fragment – ok 0,5 zł

stopery przezroczyste (zakupione w lokalnej pasmanterii) – 2 zł

guma dziana – 0,6 zł

oczka kaletnicze – (w opakowaniu zbiorczym) koszt 2 sztuk – 1,5 zł

Washable Kraft Paper – 8 niewielkich kawałków – przyjmijmy 0,5 zł.

Nici – nie widzę większego sensu wliczania kosztu nici, ale dla świętego spokoju niech będzie – 0,1 zł

 

Całkowity koszt materiałów potrzebnych do uszycia tego zestawu wyniósł 139,2 zł.

Zużyłam 3 metry dzianiny praktycznie do ostatniego kawałka.

Czy się opłacało? Sami oceńcie 😉

 

I po kolei powstawały:

Tunika (wykrój Ottobre 1/2016)

Legginsy (darmowy wykrój od Love Notions —> klik )

Sukienka letnia – wykrój własny

Bluza – wykrój Mini Missy/Mister —-> klik

Sukienka Lena dress – darmowy wykrój —–> klik

Dwie opaseczki

T-shirt (wykrój własny)

Wszystkie ciuszki uszyte są na rozmiar 110/116.

Ci bardziej skrupulatni, do kosztu odszycia ciuszków dołożyliby zapewne roboczogodziny, koszt prądu i wynajmu lokalu, Zusy i inne opłaty. Przypomnę jednak, że szyłam te ubranka wyłącznie na nasze domowe potrzeby, z czystej fanaberii i dla przyjemności obcowania z piękną dzianiną. W trakcie szycia obejrzałam kątem oka kilka odcinków serialu, posłuchałam troszkę audiobooka, nadzorowałam bawiące się dzieciaki. Wszystko to mogłam robić leżąc na kanapie, ale po co? 😉

 

P.S. Powyższy post nie był sponsorowany przez żaden sklep z dzianinami, nikt nie dał mi materiału w zamian za reklamę. Opisałam swoje obiektywne odczucia. Niemniej jednak w tym miejscu pragnę podziękować Pani Marcie ze sklepu Dzianina z pętelką, która bardzo ochoczo zareagowała na zaproponowaną przeze mnie zabawę w odgadnięcie kosztu materiałów i zasponsorowała nagrodę w moim konkursie w grupie SZYCIE-WYKROJE-DIY (który z założenia miał być grupową zabawą bez nagrody;))

 

 

Do ostatniego skraweczka…

Wśród moich noworocznych postanowień – tych całkiem oczywistych, znalazło się i takie, które dotyczy stricte mojego hobby. Obiecałam sobie, że nie zakupię ani grama dzianiny, póki nie wykorzystam choćby połowy z tego, co obecnie chomikuję we wszystkich możliwych zakamarkach mojego domu. Sprawa o tyle poważna, że gromadzę, oprócz zgrabnych i wymiarowych kawałków (100 x 150), również ścinki, których najnormalniej w świecie żal mi wyrzucić.

W przypływie weny i przerzucania sterty kawałków, zaplanowałam kolejną sukienkę dla córci. Wyłowione skrawki zapowiadały szaleństwo kolorystyczne, które jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia. I tak w roli głównej wystąpiły: jersey w kolorze koralowym i fuksji, pomarańczowa pętelka (resztka po dyniowej kreacji). Ściągacz w żółtym kolorze przeznaczony był do realizacji innego projektu, ale przecież zawsze można dokupić ;). Kieszonki, jako jedyne, wycięłam z większego kuponu dzianiny (znając życie zabraknie mi kiedyś tych kilkunastu centymetrów i będę musiała dokupić kolejny metr….).

Wykrój – nasz ulubiony (mój i Basiowy). Pisałam o nim TU i uszyłam już około 10 sukienek z jego wykorzystaniem.

 

W oczekiwaniu na cieplejsze dni…

Zimowe wieczory dłużą się strasznie. Każdy z niecierpliwością wypatruje cieplejszych dni. Nauczona doświadczeniem, wykorzystuję ten czas na szykowanie kreacji do letnich sesji fotograficznych.  Przeglądam przepastne szuflady z materiałami, dobieram wykrój i… kilka wieczorów później – kreacja gotowa. Zmodyfikowałam nieco oryginalny wzór, dodając ulubiony dół z koła z halką typu petticoat. Choć miałam nieco inną wizję kolorystyczną, postanowiłam wykorzystać najpierw materiały, które już dłuższy czas zalegały zapomniane.

Góra sukienki uszyta została według tego wykroju.