LeviOsa, not LeviosA

Uwielbiam ją. To z całej trójki głównych bohaterów najbardziej wyrazista postać. Zachwyca sprytem, jest gotowa na każdą sytuację i głodna wiedzy.

To nie pierwszy raz kiedy sięgam po motyw czarodziejski. Znów odwiedzamy Hogwart. Kilka lat po pierwszej realizacji potterowego tematu, o której pisałam tu —>KLIK<—, przyszła pora na kolejną uczennicę Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Mała dorosła do pelerynki, która w międzyczasie zwiedziła kraj służąc innym małym czarodziejom w czasie sesji zdjęciowych. Doszyłam spódniczkę do kompletu wykorzystując zalegający kupon szarej ubraniówki
Pozostałe rekwizyty to:
– własnoręcznie wykonana różdżka
– zmieniacz czasu, krawat, szalik, naszywka na pelerynce (aliexpress)
– pulowerek z lumpeksu

Jubileuszowo w szkocką kratę.

Wielokrotnie rozpisywałam się o początkach moich pasji. O tym jak po urodzeniu synka sięgnęłam po aparat i o tym jak nosząc pod sercem córkę zapragnęłam nauczyć się się szyć. O tym, jak odkrycie Pinteresta zamotało resztkami wolnego czasu i ile mam szczęścia mogąc połączyć dwie pasje ze sobą.

Ponad sześć lat temu borykałam się z dylematem czy otworzyć działalność gospodarczą ukierunkowaną na szycie. Zbiegło się to z moim powrotem do pracy po “urlopie” macierzyńskim. Zdecydowałam się na ten krok nie ponosząc w sumie większego ryzyka – mogłam zrezygnować w każdej chwili. Byłam jednak mocno zdeterminowana by utrzymać moją firmę na dobrych torach i … szczęśliwie dobrnęłam do miejsca, w którym jestem teraz. A dokładnie 6 lat temu moja firma zaczęła formalnie istnieć. Szczerze mówiąc – nie miałam nawet chwili zwątpienia i myśli o zamknięciu działalności, choć wszystko od początku do końca robiłam sama, łącząc firmę z pracą na etacie, zajmowaniem się dwójką dzieci i domem. Zawsze powtarzałam, że grunt to dobra organizacja i wsparcie małżonka i domowników.

Dziś, oprócz realizowania zamówień klientów, sporo czasu poświęcam na autorskie projekty. Na wyjątkowe i pojedyncze egzemplarze, które powstają z potrzeby tworzenia i poszukiwań. To kolejne kreacje i sesje zdjęciowe dzieci (głównie córeczki, Basi) zaprzątają moją głowę nieustannie. Wieczorami, gdy domownicy śpią, spędzam godziny na wyszukiwaniu w internecie tkanin, szkicowaniu, obliczeniach. W tle zwykle towarzyszy mi zawsze jakiś serial, które zresztą oglądam nałogowo. Kolejne odcinki, czy całe serie mijają w mgnieniu oka podczas szycia i pracy biurowej.

I tak gładko przechodzę do sedna dzisiejszego wpisu. Jedna z produkcji znalazła szczególne miejsce w moim sercu. Chyba żaden z dotychczas obejrzanych seriali nie wzbudzał tak mocnych emocji ( a obejrzałam ich mnóstwo. Niektóre po kilka razy). Choć wciąż czekam na kolejne losy ulubionych bohaterów (kolejna seria w trakcie kręcenia), wiem, że to pierwsze dwie serie będą tymi, do których wrócę nieraz.
Mowa o serialu “Outlander”, którego akcja rozpoczyna się w XVIII wiecznej Szkocji. Już po kilku odcinkach wiedziałam, że będę chciała oddać klimat tych czasów ubiorem i sesją zdjęciową z Basią w roli Claire. Wycieczka do Szkocji odpadała, choć tam z odpowiednimi plenerami byłoby najłatwiej o dobre kadry. Wystarczyło jednak tak zaplanować lipcowy urlop, by w pobliżu miejsca pobytu znalazły się jakieś klimatyczne, niezbyt uczęszczane ruiny, może jakiś strumyczek – miejsca, które wyglądem pomogą nam poczuć się jak bohaterka serialu.

Odnalezienie odpowiedniego miejsca okazało się znacznie mniejszym wyzwaniem niż uszycie stroju. W skład garderoby weszły:
– koszula z bawełnianego batystu
– halka z płótna bawełnianego
– spódnica z kraciastej wełny
– sznurowany żakiecik
– wkładka gorsetowa
– mitenki i chusta (wydziergane przez moją mamę)
– biały szalik z batystu
– pas i torebka z resztek skór licowych
– buty (model z Zary sprzed 3 lub 4 lat)

A oto nasza inspiracja – Claire Fraser. W tą rolę brawurowo wcieliła się Caitriona Balfe.

https://outlanderonline.files.wordpress.com/2014/10/tumblr_ne4svz6tz21rx3u4yo1_400.jpg
https://dressingtime.tumblr.com/post/114515675749/outlander-claire-beauchamp-fraser-1743-dresses
https://caitrbal80.tumblr.com/post/180349332540/caitriona-balfe-claire-fraser-behind-the

Jeśli natomiast jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć serialu “Outlander” lub na pierwszy rzut oka nie wzbudza Waszego zainteresowania, koniecznie dajcie mu szanse. Odłóżcie cokolwiek robicie i zajrzyjcie do XVIII wiecznej Szkocji. Znajdziecie tam romans, który powoduje gęsią skórkę, sceny, które wyciskają łzy, postaci, które odrażają i zachwycające krajobrazy. Sama fabuła też nielicha, wciąga z każdym odcinkiem coraz bardziej. O odtwórcy głównej roli męskiej nie wspominając…

Ludowe inspiracje

Od prawie dwóch lat zachwycają swymi głosami. Mnie dodatkowo urzekły strojami. Łowickimi – jak początkowo myślałam, opoczyńskimi – jak się później okazało. Na właściwy trop naprowadziła mnie pracownia stroju ludowego, gdzie chciałam nabyć oryginalny pasiak wełniany do uszycia stroju. Niestety koszt zakupu zdecydowanie przewyższał możliwości budżetu, który zaplanowałam na stworzenie stylizacji, jaką w teledyskach noszą uzdolnione dziewczyny z zespołu Tulia.

Z pomocą przyszedł sklep Dresówka wraz z super-hiper wypasioną maszyną do druku na materiałach: tkaninach i dzianinach. Przygotowałam plik do druku bazując na stroju Dominiki z Tulii, próbkując kolory ze zdjęć i przenosząc na kolorowe paski w programie graficznym. Do nadruku wybraliśmy len, który wydawał się najlepiej imitować fakturę wełnianej tkaniny.

Sklep realizuje już indywidualne zlecenia na druk, więc śmiało piszcie do nich i realizujcie swoje tkaninowe marzenia i projekty!

Do uszycia stroju potrzebowałam dwóch różnych układów pasków i taki plik przygotowałam do druku.
Kilka godzin po wykonaniu nadruku tkanina była w drodze do mnie – w sam raz na weekendowe szycie. Ze sporym podnieceniem oczekiwałam na dostawę. Efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, zarówno jakością nadruku, jak i samej tkaniny. Rysunki, pomiary, przymiarki – strój powstawał dobrych kilka dni.

  • Kamizelka – dla wygody zapinana na zamek kryty na pleckach. Guziczki obszyte sznurkiem pełnią tylko funkcję ozdobną.
  • Spódniczka z fartuchem z doszytymi taśmami (własnoręcznie wykonane z użyciem przyrządu do lamówek). Środkowe tasiemki w spódniczce, fartuchu i kamizelce dodatkowo zostały obszyte zygzakiem by jak najdokładniej odwzorować wygląd stroju.
  • Koszula wielce kombinowana. Uszyta z wykorzystaniem wykroju na sukienkę zapinaną na guziczki z przodu. Rękawy przemodelowałam, zmarszczyłam, naszyłam szczypanki, koronki, mankiety. Sięgnęłam też po mulinę, by wyhaftować kwiaty. Nie był to mój ulubiony etap tworzenia stroju. Z haftem owszem miałam sporo do czynienia kilka lat temu, ale był to haft krzyżykowy. Przebrnęłam bez frajdy szyjąc raczej po omacku niż według sztuki haftu.
  • Sznur z pomponikami. Przeprosiłam zapomniane szydełko, by wykonać sznurek, a do zrobienia pomponów użyłam zakupionych na aliexpress specjalnych przyrządów.
  • Chusta, buty i rajstopy – zakupione na allegro.

Zdjęcia wykonaliśmy w przepięknym miejscu na Podkarpaciu – Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Późnym popołudniem, tuż przed zamknięciem obiektu.


Wartość szycia

To będzie bardzo długi wpis.  Najdłuższy ze wszystkich moich dotychczasowych. Ogromne brawa dla tych, którzy dotrwają do końca. Mógł być zwykłym wpisem, raczej galerią zdjęć, jak większość moich dotychczasowych, jednak za sprawą pewnej akcji w środowisku szyciowym zainicjowanej przez Janka Leśniaka postanowiłam temu konkretnemu nadać nieco inny charakter. Już raz miałam okazję w podobny sposób podsumować swój projekt —> KLIK<—- podliczając koszt odszycia zestawu ubrań dla córki. Tym razem jednak akcja “Wartość szycia” skupia się na odpowiedzi na pytanie “Jak myślisz, ile?” – czyli innymi słowy zachęcenie czytelników do rozważań nad czasem, który osoba szyjąca poświęciła na stworzenie konkretnego projektu. Akcja ma na celu uświadomienie wartości naszej pracy i budowaniu szacunku do ubrań szytych na miarę. Gdy akcja ruszyła w grudniu, na warsztacie miałam raptem t-shirty i legginsy, ale w głowie już tworzył się zarys na kolejny – ambitny projekt.

Wpis ten jest historią powstawania płaszczyka dziewczęcego, okoliczności w jakich rodził się pomysł, problemów, dylematów i … ogromnej satysfakcji z ukończonego dzieła. Z pełną świadomością i bez zbędnej kokieterii używam tego określenia przechodząc co jakąś chwilę obok manekina i ciesząc wnętrze dłoni uczuciem miękkości futerka i faktury pikowania.

Sprawczynią całego zamieszania jest członkini grupy Szycie-Wykroje-DIY, Diana, która 22 września zamieściła post z wykrojem płaszcza dziewczęcego. Oczy zaświeciły się, wykrój wylądował w koszyku i… pojawił się pierwszy problem. Zakupu mogła dokonać wyłącznie osoba mieszkająca w Niemczech lub Austrii. Zniechęciłam się, odłożyłam temat na później. Wrócił jednak jak bumerang i 19 listopada po kilku dniach korespondencji ze sprzedawcą udało się pokrętnie zdobyć upragniony plik. Oczywiście kupując go wietrzyłam nadciągającą katastrofę w postaci języka niemieckiego (wykrój i tutorial są po niemiecku) – języka kompletnie poza zasięgiem moich możliwości.  Po dłuższym buszowaniu w sieci udało mi się znaleźć sposób na szybką konwersję pliku PDF do .doc celem późniejszego tłumaczenia za pomocą Google. Tekst po polsku, który zaproponował tłumacz nie nadawał się do niczego, wersja angielska nie wyglądała wiele lepiej. Pozostawało opierać się na ilustracjach, które, na szczęście, towarzyszyły każdemu etapowi szycia.

W facebookowej grupie projektantki wykroju spotkałam się z informacją, że wypada on raczej maławy i należy brać o rozmiar większy, zwłaszcza jeśli planuje się tworzenie wersji ocieplanej. Po wydrukowaniu, sklejeniu i wycięciu elementów dla rozmiaru 116 (Baś nosi 110) przystąpiłam do odszycia próbnego modelu z “roboczej” tkaniny. Pasował idealnie – tzw. slim fit. Nie było jednak mowy by ten sam rozmiar mógł służyć do uszycia elementów docelowego płaszcza. No więc… kolejne drukowanie, sklejanie, wycinanie…

Następny ważny element pracy nad tym modelem to realizacja pomysłu, który zrodził się jeszcze na etapie przygotowywania pikowanej ociepliny do kurteczki —> MEHNDI <—. Szykując tą pikówkę z wykorzystaniem metody pikowania z tzw. wolnej ręki (free motion quilting) oczyma wyobraźni widziałam podobny efekt, ale tym razem na wierzchu ubrania. Kolejny dylemat – jaki motyw pikowania będzie odpowiedni dla tego kroju – rozważałam  w każdej wolnej chwili, przez kolejne dni.  Godzinami pikowałam próbne elementy dopasowując do elementów wykroju.

Biała bawega (uwielbiam tą tkaninę!) spięta szpilkami z owatą w tzw. kanapkę łatwo poddawała się ruchom pod ramieniem maszyny i efekt zadowalał z każdą chwilą bardziej. Wypikowane elementy zostały wycięte wraz z elementami podszewki. Przystąpiłam do zszywania. Po odszyciu próbnego modelu docelowy płaszcz powstał można powiedzieć w oka mgnieniu. Nie obyło się jednak bez dramatu. W trakcie wspólnego odrabiania lekcji z synem przy maszynie (wielozadaniowość jest moją mocną stroną) długopis “niechcąco” zarysował rękaw płaszcza.  Łzy, strona internetowa z poradami, zmywacz do paznokci z acetonem – sytuacja została opanowana.

Miałam wrażenie, że jestem o krok od efektu WOW, brakowało dosłownie szczegółu. Wyróżnienie w konkursie sklepu e-futro i voucher na zakupy tamże podsunęły myśl gdzie szukać przysłowiowej wisienki na torcie. Futerko – biały lisek było u mnie dwa dni po złożeniu zamówienia. Z uwagą przejrzałam tutorial odnośnie cięcia futra i obyło się bez bałaganu. Serio! Ledwo kilka włosków na podłodze. Futro zdecydowałam się przyszyć ręcznie – głównie dlatego, by mieć możliwość łatwego odprucia, gdy zajdzie potrzeba użycia płaszcza w innej, niż zimowa, scenerii.  Trwało to dokładnie całego “Forresta Gumpa” na TVN i połowę “Był sobie chłopiec” na tym samym kanale.

W poszukiwaniach odpowiedniego zapięcia znowu przyszły z pomocą nieocenione współszyjące koleżanki z grupy. Dokładnie wiedziałam jakie wybrać, nie wiedziałam jak ich szukać, pod jaką nazwą. Dziewczyny pomogły: SZAMERUNEK – efektowne zapięcie ze sznureczka. Wiercąca się i już lekko zniecierpliwiona nieustannymi przymiarkami modelka nie pomagała. Doszywanie zapięcia trwało wieczność…

Pozostały akcesoria. Czapa z futra powstała szybciutko, pomógł nieoceniony Youtube z filmikami instruktażowymi. Baś autentycznie lubi to futrzaste nakrycie głowy. Byłyśmy gotowe na sesję. Początkowo planowałam główną sesję zdjęciową w ośnieżonych górach, ale ostatecznie zdecydowałam się na próbne strzały w domowym zaciszu. Przekupiona kapciami  w kształcie jednorożca Baś współpracowała jak nigdy, podrzucając co rusz swoją koncepcję ujęcia.

Pora na podsumowania liczbowe

KOSZT:

  • bawega (1,5 m) – 33 zł
  • podszewka (1 m) – 3 zł
  • ocieplina (1,5) m – 6 zł
  • szamerunek (3 szt.) – 6 zł
  • wykrój – 43 zł
  • materiał do próbnego odszycia – 4 zł
  • nici do pikowania – 7,50 zł

Do całościowego kosztu należałoby doliczyć koszt nowej igły, prądu, tuszu do wydruku i kartek, połowy tubki kleju, no i koszt wysyłki z 3 sklepów internetowych (około 35 zł)

Aby uszyć płaszczyk wydałam 137,50 zł.

CZAS:

  • korespondencja, procedury związane z zakupem wykroju, poszukiwanie tkaniny, szamerunku, nici – 1 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał, wycięcie, odszycie próbne – 4 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał – 1,5 godz.
  • kanapkowanie tkaniny z owatą, przeniesienie elementów – 1 godz.
  • próbne pikowanie – 5 godz.
  • docelowe pikowanie – 4 godz.
  • wycięcie wszystkich elementów na docelowy płaszcz – 1 godz.
  • zszycie elementów – 5 godz.
  • przyszywanie ręczne pasków futra – 4 godz.
  • przymiarki, przyszycie zapięcia – 1 godz.
  • uszycie czapki – 1 godz.

Razem – 28,5 godziny. Czasy podane to zsumowane okresy faktycznej pracy pomiędzy wszelakimi rodzinno/domowymi sprawami, które wiązały się z ciągłym wstawaniem od maszyny. Przerwy nie zostały wliczone.

Ale… nie zapominajmy o przygotowaniu tego wpisu:

– sesja zdjęciowa (rozłożenie sprzętu, stylizacja włosów, czas na zdjęcia) – 1,5 godz.

– obróbka zdjęć – 4 godz.

– tworzenie wpisu – 2 godz.

Tak w dużym skrócie wygląda moja praca nad każdym prezentowanym projektem. Oczywiście nie zawsze trwa ona tak długo, czasem bardziej rozwlecze się w czasie, czasem mniej. Niemniej jednak zawsze zaprząta myśli. W trakcie jazdy samochodem, przy obiedzie, przed snem. Czy warto? WARTO! Ta historia nie została jednak spisana, by opisać satysfakcję z udanego projektu. Mam nadzieję, że jak inni uczestnicy akcji Janka, pokazałam, że szycie na zlecenie nigdy nie będzie porównywalne cenowo z zakupem ubrań z sieciówki. W społeczeństwie nadal funkcjonuje przeświadczenie, że krawcowa uszyje taniej.  Pewnie czasem tak będzie, każda szyjąca osoba inaczej wyceni swoją pracę. Ja wolę myśleć, że prawdziwą wartością będzie unikatowa rzecz, uszyta zgodnie z wymiarami, ładnie dopasowana, z wymarzonej tkaniny…

 

 

 

Wednesday Addams powraca!

Temat zrealizowany nie zawsze oznacza temat zakończony. Po zeszłorocznej sesji inspirowanej filmem “Rodzina Addamsów” czułam spory niedosyt. Warunki pogodowe, i co za tym idzie – światło, takie sobie. Miejsce już lekko oklepane, brak chęci współpracy ze strony modelki… Odwiesiłam sukienkę na wieszak z nadzieją na lepszą okazję. Bardzo pilnie śledziłam kilka profili na Facebooko, których autorzy zwiedzają opuszczone miejsca z nadzieją, że pokażą niezbyt odległy i klimatyczny pałac/zamek/dwór, który mógłby być tłem dla zdjęć “filmowych”. Nawiązałam też kontakt z autorami tych stron, ale bez rezultatu. Przypomnę, że nie jestem fanką dalekich podróży w celu odbycia kilkunastominutowej sesji fotograficznej. Większość z nich odbywa się niedaleko naszego miejsca zamieszkania, lub przy okazji jakiś podróży wakacyjnych.

I tak też było tym razem. Post o opuszczonym dworku myśliwskim pojawił się jesienią na jednej z obserwowanych stron. Na zdjęcia było już za chłodno, ale nic nie wskazywało na to, by miało go nie być w kolejnym roku. Pozostało oczekiwać na wyjazd do rodziny, która mieszka w pobliżu i na cieplejsze dni. Zdjęcia robiliśmy w ostatnim weekendzie sierpnia. Miejsce zauroczyło nas kompletnie  i wiem, że wrócimy tam po więcej ujęć!

 

Fortepian

Sukienka uszyta jeszcze w zeszłym roku, inspirowana była kostiumami filmowymi. Tym razem musiała poczekać na nasz pobyt na plaży, by w pełni oddać klimat, który chciałam osiągnąć.

Kapelusz już któryś raz wykonałam z typowego kapelusza słomkowego zakupionego w sieciówce. Kilka ruchów nożyczkami, obszycie lamówką, doszycie tasiemek i nakrycie głowy nabrało kompletnie innego charakteru.

 

Szkolimy…

Dla tych, którzy śledzą moje poczynania, tajemnicą nie jest, że na co dzień pracuję w szkolę. Nauczanie weszło mi tak w krew, że postanowiłam spróbować swoich sił w nauczaniu edycji zdjęć. Z powodzeniem przeprowadziłam kilka szkoleń w różnych miastach w Polsce. Ostatnio miałam ogromną przyjemność współprowadzić weekendowe warsztaty z zakresu fotografii dziecięcej i fotomontażu z moją fotograficzną pokrewną duszą – Anią Węcel. Na miejsce szkolenia wybrałyśmy wyjątkowe miejsce w Wielkopolsce – Chatę Miłkowską, gospodarstwo agroturystyczne przygotowane z myślą o najmłodszych gościach. W sielskich klimatach tworzyłyśmy wyjątkowe obrazy. Na wielu z nich z pewnością rozpoznacie ubrania z wcześniejszych sesji Basi.

Zapraszam do obejrzenia kilku kadrów.

Hawk!

Jako twórca darzę ogromnym szacunkiem działalność innych rękodzielników. Zwłaszcza, gdy ich dzieła zapierają dech w piersiach, a osobowość autora przyciąga miłym ciepłem i wrażliwością. Tak było z niezwykłym pióropuszem indiańskim, który wypatrzyłam na jednej z sesji znajomej fotografki. Wiedziałam, że muszę go mieć. Bez trudu namierzyłam twórcę – Dorotę z pracowni Sajrum, która wykonała na moje zamówienie zestaw dwóch pióropuszy: większego dla Kuby i mniejszego dla Basi. Pozostało przygotować pozostałe elementy stylizacji.

Kuba otrzymał spodnie  z surówki bawełnianej i pas na biodra uszyty z haftowanej na maszynie Washpapy oraz resztek dzianiny zamszowej. Basię ubrałam w sukienkę z tej samej dzianiny zamszowej – bardzo miłej dla ciałka oraz w pas z Washpapy, również haftowanej w ozdobne ściegi. Korale, opaska na ramię, piórka we włosach stworzyły się przy okazji 😉

Baś-niowe klimaty

Nie jestem autorem tego zwrotu. “Baś-niowe” klimaty pojawiły się przy okazji prezentacji tego stroju na jednej z grup Facebookowych, której jestem aktywnym członkiem. To określenie przypadło mi natychmiast do gustu – doskonale odzwierciedla spory procent mojej działalności 😉

Filmowa wersja historii Kopciuszka skradła moje serce; dobór aktorów, kostiumy, scenografia… I suknie balowa oczywiście.

Po stworzeniu sukni Belli miałam już gotowy wykrój na górę kolejnych sukni balowych. Kreacja balowa Elli mogła spokojnie zostać uszyta z jego wykorzystaniem. W odróżnieniu od żółtej kreacji Pięknej, tym razem zmuszona była sięgnąć po tiul. Nie przepadam za pracą z tą tkaniną. Gęste marszczenie jest dość czasochłonne i niejednokrotnie frustrujące gdy zerwie się marszcząca nić. Cel jednak błyszczał na horyzoncie. Podołałam. Jednak gotowa suknia sprawiała wrażenie ubogiej krewnej  pierwowzoru. Nie łudziłam się, nie byłam w stanie uzyskać efektu z filmu, musiałam jednak podrasować suknię Basi, by nadać jej dodatkowej objętości. Sięgnęłam po sprawdzoną metodę – halkę pettiskirt. Niestety nie było szansy by dobrać kolor choćby bliski pozostałym tkaninom użytym w projekcie. Musiałam sięgnąć po radykalne rozwiązania. Farbowanie szyfonu nie jest mi obce, uzyskiwałam w ten sposób intensywny turkus i “kurczaczkowy” żółty. Saszetki z farbą czekały cierpliwie od kilku lat właśnie na tą chwilę. Intuicyjnie pomieszałam kilka kolorów w odcieniu niebieskiego, zanurzyłam w roztworze resztki lawendowego szyfonu i … efekt mile mnie zaskoczył. Nie uzyskałam odcienia identycznego z barwą tiulu, ale suszące się metry tkaniny wróżyły powodzenie projektu. Dalej było już szybko: siadłam, uszyłam, butki znalazłam na aliexpress, zapakowałam do auta modelkę i osobistego asystenta sesji i kolejny raz wykorzystaliśmy niezwykłą siedzibę filii szkoły – pałac

Mała Syrenka

Przez jakieś 3 tygodnie była ulubioną postacią z bajek mojej Basi. “Mała Syrenka” była wałkowana na zmianę z “Małą Syrenką 2” i “Małą Syrenką 3”. Baś opanowała ścieżkę dźwiękową, brakowało stroju. Dzięki współpracy z właścicielką sklepu Nooma zawitały do mnie przecudnie mieniące się dzianiny w różnych (syrenkowych) kolorach. Uszycie syreniego ogona dodało mi kilku siwych włosów – cieniutka dzianina musiała być podklejona, przepikowana z owatą i cienkim jerseyem (od wewnątrz) w łuski. W grę wchodziło jedynie pikowanie swobodne, czyli takie prowadzenie kilku warstw materiału, by maszyną narysować na materiale rybny wzór. Przy pikowaniu naklęłam się jak szewc, ale każdy rządek łusek, który przybywał na ogonie utwierdzał mnie w przekonaniu, że należy kontynuować szycie.  Płetwę musiałam dodatkowo usztywnić karimatą – by ustabilizować kawał wyrobu.

I tradycyjnie, ogon powstał sporo przed samą sesją – w tak zwanej “wolnej chwili”.  Natomiast “staniczek” – na kilka godzin przed wyjazdem na nadmorski urlop, na szybko (bo zapomniałam o tym ważnym elemencie stroju!).

Ze zdjęciami czekaliśmy oczywiście na wyjazd na nadmorski urlop. Mąż z niepokojem zerkał na kolejne pakowane do auta stroje i stylizacje. Pozostało liczyć na sprzyjającą aurę choć prognozy nie wyglądały obiecująco. Sobotnie popołudnie miło nas zaskoczyło po kilku dniach przeplatanych deszczem. Słońce wręcz oślepiało, niełatwo było uzyskać wymarzony efekt na zdjęciach. Baś współpracowała wspaniale, tym razem obyło się bez strojenia min i przybierania dziwnych póz (była przecież unieruchomiona ogonem ;)).

Wieczorem, po przejrzeniu ponad dwustu ujęć czułam niedosyt, chciałam powtórzyć sesję. Liczyłam na delikatne zachmurzenie następnego dnia. Pogoda postanowiła spełnić moje marzenia z nawiązką – na plaży dął silny wiatr, zacinał chwilami deszcz. Baś kolejny raz dała z siebie wszystko. W dosłownie kilka minut zrealizowałam z nią dwa kolejne udane kadry, po czym szybciutko odziałam w ciepłą kurteczkę. Kuba w tym czasie zażywał “zdrowotnej” kąpieli morsa 😉

Niech nie zwiedzie Was ciepełko zachodzącego słońca – to magia Photoshopa. Rzeczywistość była dużo bardziej skomplikowana…