Do startu, gotowi, start…!

Nie będzie w tym roku szycia na łapu-capu, nie będę przepychać się wśród Lidlowych koszy, by zdobyć średniej jakości softshellową kurteczkę. Co sezon jakoś spóźniam się z zakupem okryć wierzchnich, najczęściej łapię się na posezonowe wyprzedaże. Tym razem postanowiłam wyprzedzić sezon. Po wiosennym sukcesie w zmaganiach z nowym typem tkaniny – parka z softshellu w ptaszorki, bez wahania postanowiłam jeszcze raz spróbować swoich sił w kurteczkowym klimacie. Tym razem bez podszewki, na cieplejsze dni.  Tkanina wygrana w konkursie sklepu Dresówka.pl, zatem koszt odszycia ubranka zamknął się w kilku złotych – zamek, gumka, galanteria plastikowa.

Baś polubiła kurteczkę od pierwszego założenia. Z radością zgodziła się na fotograficzny spacer po parku

 

W ogródeczku

Każda wizyta u rodziny na wsi to wspaniała okazja by zaszyć się w zakamarkach ogrodu, odziać Baśkę w sukienkę szytą kilka tygodni wcześniej, obiecać sporą porcję ulubionych słodyczy i cierpliwie czekać aż młoda dama zechce ustawić się tam, gdzie zaplanowałam. Po uprzątnięciu podejrzanych badylków, odgonieniu mrówek, przeniesieniu dżdżownicy, Barbara niechętnie i z podejrzliwością postanowiła współpracować.

Sukienka uszyta została z wykorzystaniem wykroju Nora od Violette Field Threads i bawełny amerykańskiej w cudny ptasi wzór. Kreacja niezwykle romantyczna świetnie wpasowała się w ogródkowe klimaty.

Kubę też namówiłam na zdjęcia. Bez przebieranek

Hawk!

Jako twórca darzę ogromnym szacunkiem działalność innych rękodzielników. Zwłaszcza, gdy ich dzieła zapierają dech w piersiach, a osobowość autora przyciąga miłym ciepłem i wrażliwością. Tak było z niezwykłym pióropuszem indiańskim, który wypatrzyłam na jednej z sesji znajomej fotografki. Wiedziałam, że muszę go mieć. Bez trudu namierzyłam twórcę – Dorotę z pracowni Sajrum, która wykonała na moje zamówienie zestaw dwóch pióropuszy: większego dla Kuby i mniejszego dla Basi. Pozostało przygotować pozostałe elementy stylizacji.

Kuba otrzymał spodnie  z surówki bawełnianej i pas na biodra uszyty z haftowanej na maszynie Washpapy oraz resztek dzianiny zamszowej. Basię ubrałam w sukienkę z tej samej dzianiny zamszowej – bardzo miłej dla ciałka oraz w pas z Washpapy, również haftowanej w ozdobne ściegi. Korale, opaska na ramię, piórka we włosach stworzyły się przy okazji 😉

Summer in the city

W poszukiwaniu światła idealnego wybrałyśmy się na przechadzkę po mało uczęszczanych uliczkach naszego miasta. Tuż przy Starym Rynku, ulicę Ratuszową pięknie oświetlało popołudniowe słońce. Baś usadowiła się na schodach i postanowiła zrobić wszystko by wyprowadzić matkę z równowagi. Byłam święcie przekonana, że nie znajdę na karcie ani jednego dobrego zdjęcia z tej sesji.

Bluzeczkę do sesji uszyłam z delikatnego batystu. Delikatna i dziewczęca cudnie dopasowała się do jeansowych szortów i słomkowego kapelusza. Wyjątkowo efektowne sandałki to udany zakup na aliexpress.

Hej, górol ci jo, górol

Z odrobiną przekory, z artystycznym założeniem, typowo góralskie akcenty trafiły nad polskie wybrzeże. Bałtyk przywitał nas łaskawie – miłą pogodą. A w rolach głównych wystąpiły:

  • spódniczka z koła z tkaniny zakupionej w Nowym Targu dwa lata temu z halką typu pettiskirt
  • bluzeczka z milutkiej bawełny (również sklep w Nowym Targu)
  • torebka i korale (Gubałówka)
  • kierpce (allegro)

Baś-niowe klimaty

Nie jestem autorem tego zwrotu. “Baś-niowe” klimaty pojawiły się przy okazji prezentacji tego stroju na jednej z grup Facebookowych, której jestem aktywnym członkiem. To określenie przypadło mi natychmiast do gustu – doskonale odzwierciedla spory procent mojej działalności 😉

Filmowa wersja historii Kopciuszka skradła moje serce; dobór aktorów, kostiumy, scenografia… I suknie balowa oczywiście.

Po stworzeniu sukni Belli miałam już gotowy wykrój na górę kolejnych sukni balowych. Kreacja balowa Elli mogła spokojnie zostać uszyta z jego wykorzystaniem. W odróżnieniu od żółtej kreacji Pięknej, tym razem zmuszona była sięgnąć po tiul. Nie przepadam za pracą z tą tkaniną. Gęste marszczenie jest dość czasochłonne i niejednokrotnie frustrujące gdy zerwie się marszcząca nić. Cel jednak błyszczał na horyzoncie. Podołałam. Jednak gotowa suknia sprawiała wrażenie ubogiej krewnej  pierwowzoru. Nie łudziłam się, nie byłam w stanie uzyskać efektu z filmu, musiałam jednak podrasować suknię Basi, by nadać jej dodatkowej objętości. Sięgnęłam po sprawdzoną metodę – halkę pettiskirt. Niestety nie było szansy by dobrać kolor choćby bliski pozostałym tkaninom użytym w projekcie. Musiałam sięgnąć po radykalne rozwiązania. Farbowanie szyfonu nie jest mi obce, uzyskiwałam w ten sposób intensywny turkus i “kurczaczkowy” żółty. Saszetki z farbą czekały cierpliwie od kilku lat właśnie na tą chwilę. Intuicyjnie pomieszałam kilka kolorów w odcieniu niebieskiego, zanurzyłam w roztworze resztki lawendowego szyfonu i … efekt mile mnie zaskoczył. Nie uzyskałam odcienia identycznego z barwą tiulu, ale suszące się metry tkaniny wróżyły powodzenie projektu. Dalej było już szybko: siadłam, uszyłam, butki znalazłam na aliexpress, zapakowałam do auta modelkę i osobistego asystenta sesji i kolejny raz wykorzystaliśmy niezwykłą siedzibę filii szkoły – pałac

Mała Syrenka

Przez jakieś 3 tygodnie była ulubioną postacią z bajek mojej Basi. “Mała Syrenka” była wałkowana na zmianę z “Małą Syrenką 2” i “Małą Syrenką 3”. Baś opanowała ścieżkę dźwiękową, brakowało stroju. Dzięki współpracy z właścicielką sklepu Nooma zawitały do mnie przecudnie mieniące się dzianiny w różnych (syrenkowych) kolorach. Uszycie syreniego ogona dodało mi kilku siwych włosów – cieniutka dzianina musiała być podklejona, przepikowana z owatą i cienkim jerseyem (od wewnątrz) w łuski. W grę wchodziło jedynie pikowanie swobodne, czyli takie prowadzenie kilku warstw materiału, by maszyną narysować na materiale rybny wzór. Przy pikowaniu naklęłam się jak szewc, ale każdy rządek łusek, który przybywał na ogonie utwierdzał mnie w przekonaniu, że należy kontynuować szycie.  Płetwę musiałam dodatkowo usztywnić karimatą – by ustabilizować kawał wyrobu.

I tradycyjnie, ogon powstał sporo przed samą sesją – w tak zwanej “wolnej chwili”.  Natomiast “staniczek” – na kilka godzin przed wyjazdem na nadmorski urlop, na szybko (bo zapomniałam o tym ważnym elemencie stroju!).

Ze zdjęciami czekaliśmy oczywiście na wyjazd na nadmorski urlop. Mąż z niepokojem zerkał na kolejne pakowane do auta stroje i stylizacje. Pozostało liczyć na sprzyjającą aurę choć prognozy nie wyglądały obiecująco. Sobotnie popołudnie miło nas zaskoczyło po kilku dniach przeplatanych deszczem. Słońce wręcz oślepiało, niełatwo było uzyskać wymarzony efekt na zdjęciach. Baś współpracowała wspaniale, tym razem obyło się bez strojenia min i przybierania dziwnych póz (była przecież unieruchomiona ogonem ;)).

Wieczorem, po przejrzeniu ponad dwustu ujęć czułam niedosyt, chciałam powtórzyć sesję. Liczyłam na delikatne zachmurzenie następnego dnia. Pogoda postanowiła spełnić moje marzenia z nawiązką – na plaży dął silny wiatr, zacinał chwilami deszcz. Baś kolejny raz dała z siebie wszystko. W dosłownie kilka minut zrealizowałam z nią dwa kolejne udane kadry, po czym szybciutko odziałam w ciepłą kurteczkę. Kuba w tym czasie zażywał “zdrowotnej” kąpieli morsa 😉

Niech nie zwiedzie Was ciepełko zachodzącego słońca – to magia Photoshopa. Rzeczywistość była dużo bardziej skomplikowana…

Mała panna Addams

“Rodzina Addamsów” – jedno z najfajniejszych wspomnień filmowych mojej, że tak powiem, młodości.  Pewnie nie wzięłabym go prędko na warsztat, gdyby nie idealna czarna, bawełniana tkanina w białą łączkę, która całkiem przypadkiem wpadła mi oko w trakcie buszowania po jednym ze sklepów internetowych. Szukałam odpowiedniej lokalizacji do zdjęć. Niestety, jedyny odpowiedni obiekt w naszej okolicy niszczeje za płotem zamkniętym na łańcuch z kłódką. Wykorzystaliśmy zatem ponownie stylowy budynek szkoły, który choć trochę wpisał się w mroczny nastrój.

Z nutką poznańskiej oszczędności…

Zacznijmy od szczerego wyznania. Nie szczędzę kasy na materiały. Kupuję impulsywnie, na zapas, uwiedziona kolorem, wzorem lub super okazją (limitowana partia, która się nie powtórzy w kuszącej cenie)…  Nijak ma się to do legendarnej poznańskiej oszczędności (czyt. skąpstwa).

Równie chętnie odwiedzam lokalne lumpeksy. We wtorki (bo najtaniej). Szukam smakowitych kąsków – ciuszków niebanalnych, nietuzinkowych, jedynych w swoim rodzaju. Dla dzieciaków, do zdjęć. Lub inaczej – ubrań, które źle czują się w swoim rozmiarze i czekają na metamorfozę. Uwielbiam ideę upcyclingu – nadawania rzeczom drugiego życia. I tak, jeszcze zimą, trafiłam na genialną spódnicę w rozmiarze 40 z cudownym haftem i w pięknym kolorze.

Zgromadziłam w ten sposób kilka udanych egzemplarzy spódnic (koniecznie z podszewką z materiału takiego samego jak materiał wierzchni kiecy – to jakieś 0,5 m kwadratowego materiału). Na pierwszy ogień poszła wspomniana wcześniej. Reszta czeka na inspirację i poryw serca 😉

Góra sukienki uszyta z gładkiej podszewki, dół ucięty tak, by było racjonalnie.

A ozdobny pas wykorzystałam do spódniczki (zameczek pozostał na sw0im miejscu). Poodpruwałam, zmarszczyłam, skróciłam, wszyłam z powrotem…

Koszt obu obrań wyniósł  ok 5 zł (2 zł spódnica z SH oraz napki).