Wartość szycia

To będzie bardzo długi wpis.  Najdłuższy ze wszystkich moich dotychczasowych. Ogromne brawa dla tych, którzy dotrwają do końca. Mógł być zwykłym wpisem, raczej galerią zdjęć, jak większość moich dotychczasowych, jednak za sprawą pewnej akcji w środowisku szyciowym zainicjowanej przez Janka Leśniaka postanowiłam temu konkretnemu nadać nieco inny charakter. Już raz miałam okazję w podobny sposób podsumować swój projekt —> KLIK<—- podliczając koszt odszycia zestawu ubrań dla córki. Tym razem jednak akcja “Wartość szycia” skupia się na odpowiedzi na pytanie “Jak myślisz, ile?” – czyli innymi słowy zachęcenie czytelników do rozważań nad czasem, który osoba szyjąca poświęciła na stworzenie konkretnego projektu. Akcja ma na celu uświadomienie wartości naszej pracy i budowaniu szacunku do ubrań szytych na miarę. Gdy akcja ruszyła w grudniu, na warsztacie miałam raptem t-shirty i legginsy, ale w głowie już tworzył się zarys na kolejny – ambitny projekt.

Wpis ten jest historią powstawania płaszczyka dziewczęcego, okoliczności w jakich rodził się pomysł, problemów, dylematów i … ogromnej satysfakcji z ukończonego dzieła. Z pełną świadomością i bez zbędnej kokieterii używam tego określenia przechodząc co jakąś chwilę obok manekina i ciesząc wnętrze dłoni uczuciem miękkości futerka i faktury pikowania.

Sprawczynią całego zamieszania jest członkini grupy Szycie-Wykroje-DIY, Diana, która 22 września zamieściła post z wykrojem płaszcza dziewczęcego. Oczy zaświeciły się, wykrój wylądował w koszyku i… pojawił się pierwszy problem. Zakupu mogła dokonać wyłącznie osoba mieszkająca w Niemczech lub Austrii. Zniechęciłam się, odłożyłam temat na później. Wrócił jednak jak bumerang i 19 listopada po kilku dniach korespondencji ze sprzedawcą udało się pokrętnie zdobyć upragniony plik. Oczywiście kupując go wietrzyłam nadciągającą katastrofę w postaci języka niemieckiego (wykrój i tutorial są po niemiecku) – języka kompletnie poza zasięgiem moich możliwości.  Po dłuższym buszowaniu w sieci udało mi się znaleźć sposób na szybką konwersję pliku PDF do .doc celem późniejszego tłumaczenia za pomocą Google. Tekst po polsku, który zaproponował tłumacz nie nadawał się do niczego, wersja angielska nie wyglądała wiele lepiej. Pozostawało opierać się na ilustracjach, które, na szczęście, towarzyszyły każdemu etapowi szycia.

W facebookowej grupie projektantki wykroju spotkałam się z informacją, że wypada on raczej maławy i należy brać o rozmiar większy, zwłaszcza jeśli planuje się tworzenie wersji ocieplanej. Po wydrukowaniu, sklejeniu i wycięciu elementów dla rozmiaru 116 (Baś nosi 110) przystąpiłam do odszycia próbnego modelu z “roboczej” tkaniny. Pasował idealnie – tzw. slim fit. Nie było jednak mowy by ten sam rozmiar mógł służyć do uszycia elementów docelowego płaszcza. No więc… kolejne drukowanie, sklejanie, wycinanie…

Następny ważny element pracy nad tym modelem to realizacja pomysłu, który zrodził się jeszcze na etapie przygotowywania pikowanej ociepliny do kurteczki —> MEHNDI <—. Szykując tą pikówkę z wykorzystaniem metody pikowania z tzw. wolnej ręki (free motion quilting) oczyma wyobraźni widziałam podobny efekt, ale tym razem na wierzchu ubrania. Kolejny dylemat – jaki motyw pikowania będzie odpowiedni dla tego kroju – rozważałam  w każdej wolnej chwili, przez kolejne dni.  Godzinami pikowałam próbne elementy dopasowując do elementów wykroju.

Biała bawega (uwielbiam tą tkaninę!) spięta szpilkami z owatą w tzw. kanapkę łatwo poddawała się ruchom pod ramieniem maszyny i efekt zadowalał z każdą chwilą bardziej. Wypikowane elementy zostały wycięte wraz z elementami podszewki. Przystąpiłam do zszywania. Po odszyciu próbnego modelu docelowy płaszcz powstał można powiedzieć w oka mgnieniu. Nie obyło się jednak bez dramatu. W trakcie wspólnego odrabiania lekcji z synem przy maszynie (wielozadaniowość jest moją mocną stroną) długopis “niechcąco” zarysował rękaw płaszcza.  Łzy, strona internetowa z poradami, zmywacz do paznokci z acetonem – sytuacja została opanowana.

Miałam wrażenie, że jestem o krok od efektu WOW, brakowało dosłownie szczegółu. Wyróżnienie w konkursie sklepu e-futro i voucher na zakupy tamże podsunęły myśl gdzie szukać przysłowiowej wisienki na torcie. Futerko – biały lisek było u mnie dwa dni po złożeniu zamówienia. Z uwagą przejrzałam tutorial odnośnie cięcia futra i obyło się bez bałaganu. Serio! Ledwo kilka włosków na podłodze. Futro zdecydowałam się przyszyć ręcznie – głównie dlatego, by mieć możliwość łatwego odprucia, gdy zajdzie potrzeba użycia płaszcza w innej, niż zimowa, scenerii.  Trwało to dokładnie całego “Forresta Gumpa” na TVN i połowę “Był sobie chłopiec” na tym samym kanale.

W poszukiwaniach odpowiedniego zapięcia znowu przyszły z pomocą nieocenione współszyjące koleżanki z grupy. Dokładnie wiedziałam jakie wybrać, nie wiedziałam jak ich szukać, pod jaką nazwą. Dziewczyny pomogły: SZAMERUNEK – efektowne zapięcie ze sznureczka. Wiercąca się i już lekko zniecierpliwiona nieustannymi przymiarkami modelka nie pomagała. Doszywanie zapięcia trwało wieczność…

Pozostały akcesoria. Czapa z futra powstała szybciutko, pomógł nieoceniony Youtube z filmikami instruktażowymi. Baś autentycznie lubi to futrzaste nakrycie głowy. Byłyśmy gotowe na sesję. Początkowo planowałam główną sesję zdjęciową w ośnieżonych górach, ale ostatecznie zdecydowałam się na próbne strzały w domowym zaciszu. Przekupiona kapciami  w kształcie jednorożca Baś współpracowała jak nigdy, podrzucając co rusz swoją koncepcję ujęcia.

Pora na podsumowania liczbowe

KOSZT:

  • bawega (1,5 m) – 33 zł
  • podszewka (1 m) – 3 zł
  • ocieplina (1,5) m – 6 zł
  • szamerunek (3 szt.) – 6 zł
  • wykrój – 43 zł
  • materiał do próbnego odszycia – 4 zł
  • nici do pikowania – 7,50 zł

Do całościowego kosztu należałoby doliczyć koszt nowej igły, prądu, tuszu do wydruku i kartek, połowy tubki kleju, no i koszt wysyłki z 3 sklepów internetowych (około 35 zł)

Aby uszyć płaszczyk wydałam 137,50 zł.

CZAS:

  • korespondencja, procedury związane z zakupem wykroju, poszukiwanie tkaniny, szamerunku, nici – 1 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał, wycięcie, odszycie próbne – 4 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał – 1,5 godz.
  • kanapkowanie tkaniny z owatą, przeniesienie elementów – 1 godz.
  • próbne pikowanie – 5 godz.
  • docelowe pikowanie – 4 godz.
  • wycięcie wszystkich elementów na docelowy płaszcz – 1 godz.
  • zszycie elementów – 5 godz.
  • przyszywanie ręczne pasków futra – 4 godz.
  • przymiarki, przyszycie zapięcia – 1 godz.
  • uszycie czapki – 1 godz.

Razem – 28,5 godziny. Czasy podane to zsumowane okresy faktycznej pracy pomiędzy wszelakimi rodzinno/domowymi sprawami, które wiązały się z ciągłym wstawaniem od maszyny. Przerwy nie zostały wliczone.

Ale… nie zapominajmy o przygotowaniu tego wpisu:

– sesja zdjęciowa (rozłożenie sprzętu, stylizacja włosów, czas na zdjęcia) – 1,5 godz.

– obróbka zdjęć – 4 godz.

– tworzenie wpisu – 2 godz.

Tak w dużym skrócie wygląda moja praca nad każdym prezentowanym projektem. Oczywiście nie zawsze trwa ona tak długo, czasem bardziej rozwlecze się w czasie, czasem mniej. Niemniej jednak zawsze zaprząta myśli. W trakcie jazdy samochodem, przy obiedzie, przed snem. Czy warto? WARTO! Ta historia nie została jednak spisana, by opisać satysfakcję z udanego projektu. Mam nadzieję, że jak inni uczestnicy akcji Janka, pokazałam, że szycie na zlecenie nigdy nie będzie porównywalne cenowo z zakupem ubrań z sieciówki. W społeczeństwie nadal funkcjonuje przeświadczenie, że krawcowa uszyje taniej.  Pewnie czasem tak będzie, każda szyjąca osoba inaczej wyceni swoją pracę. Ja wolę myśleć, że prawdziwą wartością będzie unikatowa rzecz, uszyta zgodnie z wymiarami, ładnie dopasowana, z wymarzonej tkaniny…

 

 

 

2 comments

Dodaj komentarz