Literackie potyczki

DSC08469

Zainspirowany powyższym zdjęciem, które zamieściłam rok temu, Grzegorz poczuł, że musi dać upust swoim niespełnionym literackim ambicjom . Podjęłam temat. Przez trzy wieczory na moim profilu FP powstawało nasze opowiadanie. Utknęliśmy, klecąc część czwartą – presja znajomych domagających się dalszych części podcięła nam skrzydła

 

I

G: Barbara z niecierpliwością wypatrywała stangreta z jej ulubioną białą karocą. Już dawno cieszyła się na tę podróż…

A: Nie była pewna czy karoca pomieści wszystkie jej balowe stroje i pachnidła. „Tydzień w Wersalu…” – pomyślała odgarniając kosmyk włosów.

Październikowe promienie słońca odgoniły chłód i wilgoć jesiennego poranka. Rękawiczki wylądowały w podróżnym kuferku. Na brukowanym podjeździe końskie kopyta wystukały gwałtowny rytm by po chwili ucichnąć. „Pora ruszać!” – powiedziała i plebejską manierą zatarła dłonie.

Podróż dłużyła się niemiłosiernie. Nie bawiły jej już szarady, którymi uparcie zajmowała ją towarzyszka podróży – stara Mimi. Ukradkiem zerkała na mijane po drodze włości skąpane w jesiennej zadumie.

Często w takich chwilach wyobrażała sobie, jak żyją mieszkańcy tych rachitycznych chatynek skupionych wokół siebie jak rzepy na ogonie jej ulubionego wyżła waimarskiego Augusta. Dostała go od Papy, kiedy ten wrócił z ostatniej podróży.

Odgoniła jednak prędko od siebie te ponure myśli. Wszak oczom jej ukazał się cel jej podróży. Zanim jednak świta ze znanym sobie uniżeniem i szacunkiem przywitała ją w pałacu, Barbara w myślach wybrała krynoliny na dzisiejszy bal.

Drzwiczki karocy uchyliły się ułamek sekundy po tym jak spowite we własne oddechy konie zatrzymały się na rozległym podjeździe. Ubrana w idealnie białą rękawiczkę dłoń zatrzymała się na granicy wnętrza karocy. „Nareszcie!“ pisnęła uradowana nie zważając na karcące spojrzenie zasuszonej Mimi

Omiotła wzrokiem fasadę budynku. Marmurowe tarasy nie zrobiły na niej wrażenia. Zdawała się przywyknąć do przepychu, którym jej ukochany Papa otaczał ją na co dzień. Pałacowa oranżeria, w której niegdyś zwykła spędzać ciepłe popołudnia już nie była tak okazała, jak pamiętała. Z wrodzoną gracją przestąpiła próg pałacu i zamarła ze zdumienia.

U szczytu niebotycznych schodów ozdobionych złotymi poręczami zwieńczonymi wężowymi głowami stała Ona. Pani tego miejsca. Słowo „stała“ nie do końca właściwie oddawało to czego świadkiem była Barbara. Ze względu na swoją wagę Pani trwała niezłomnie jak góry Schwarzwaldu w które zabierał Barbarę Papa. Cień też rzucała wcale nie mniejszy…

Barbara nie wierzyła własnym oczom. Pamiętała ją dokładnie, gdy gibka niczym trzcina na wietrze słała powłóczyste spojrzenia kawalerom. Wzdychali do niej wszyscy – od stajennego po możnych Europy. Barbara z nieukrywaną satysfakcją ze swej nienagannej figury ruszyła ku swej ciotce muskając oba jej policzki swoimi – lekko zaróżowionymi od jesiennego chłodu.

Powitanie było niezbyt wylewne w przeciwieństwie do trzeciego podbródka ciotki. Barbara wyminęła ją zwiewnym ruchem, co zajęło raptem kwadrans i ruszyła w stronę pokoju gościnnego, który zawsze zajmowała bywając w posiadłości. Mimi dreptała za nią na swoich krótkich nóżkach.

Okazałe drzwi ustąpiły nie bez trudu. Widać dawno nikt tu nie zaglądał. Rozwarła story, strząsnęła lekki kurz z szezlonga i postanowiła się odświeżyć. Długa podróż odbiła się na jej nieskazitelnej cerze. Dobyła też z kuferka zdjęcie Papy i umieściła na toaletce. Zawsze woziła je ze sobą. Z fotografii spoglądał życzliwy acz rosły mężczyzna. Starannie przystrzyżone bokobrody dodawały mu powagi mimo niesędziwego wieku

Dokładnie pamiętała kiedy zostało zrobione to zdjęcie. Fotograf ze swoim wynalazkiem zwiastującym nowe czasy zawitał w ich pałacu na wyraźną prośbę Papy, kiedy jej najstarsza siostra Arleta wychodziła za admirała Ignacego. Wtedy Papa na przyjęciu weselnym wygłosił zacne słowa że: „Małżeństwo jest jak złote chomąto miłości”, a potem kiedy Matka ocierała łzy wzruszenia on zapozował do tej fotografii.

Łza tęsknoty zakręciła się w oku Barbary. Już nieraz żegnała ojca, gdy ten wyruszał na polowania w dzikie ostępy. Zawsze jednak z niecierpliwością oczekiwała na podarki z ojcowskich wojaży. Zwykle przywoził jej egzotyczne futra i delikatne skóry na kolejną parę miękkich rękawiczek do jazdy konnej, którą uwielbiała. Sięgnęła do kufra. Na dzisiejszy bal wdzieje etolę, którą z puszystego futra uszył dla niej nadworny krawiec. Wiedziała, że będzie to wyjątkowa noc. Wtem usłyszała delikatne pukanie do drzwi

Tak mogła pukać tylko jedna dłoń… Ta dłoń! Za drzwiami stała jej kuzynka Edeltrauda! Nie bez satysfakcji Barbara zauważyła, że odkąd się widziały ostatnim razem kuzynka upodobniła się do ciotki. Wokół jej nóg, grubych i solidnych jak kolumny w jej letnim dworku, krążył jeden z tych zabawnych długich i niskich piesków przywożonych z Niemiec. Jajnik… Jajek… Jamnik! Przypomniała sobie.

W najśmielszych snach nie wyobrażała sobie celu tej wizyty. Owszem, wiedziała, że spotkanie to prędzej czy później jest nieuniknione, ale w głębi serca miała nadzieję odwlec je w czasie. Edeltrauda uśmiechała się najszerzej jak tylko umiała. Barbara wiedziała, że za tym kryje się podstęp. Kuzynka nie uśmiechała się bez powodu. Rozpieszczona jedynaczka dwojga podstarzałych arystokratów zawsze węszyła korzyści. Barbara nie sądziła jednak, że jej szpony zechcą dosięgnąć najdroższego jej sercu, zaraz po ojcu, mężczyznę – jej brata Jakuba.

Uśmiech powoli spełzał z twarzy kuzyneczki. Potrzeba wielkiej siły aby utrzymywać w zawiłym grymasie tak wielkie policzki. Nie nawykła do zbędnych ruchów panienka ruszyła w kierunku okna wzbudzając po drodze tumany kurzu zalegające na nieużywanych od dawna sprzętach. Swoją drogą Barbara zastanawiała się czy nieprzygotowany pokój to jedynie potknięcie czy specjalny przytyk. Wszak plotki o kłopotach finansowych Stryjostwa nabierały rozpędu. Sukces finansowy jej Papy mógł stać im solą w oku. Edeltrauda swoimi paluszkami o kształcie serdelków sięgnęła za plecy.

Moja droga- powiedziała dobywając zza nich zgrabną butelczynę.- Pora zakończyć spory. Przychodzę do Ciebie jako przyjaciółka i może wkrótce ktoś więcej. Wszak my – arystokracja powinniśmy sprzyjać sobie. A cóż lepiej nie spaja rodzin jak ożenek? Zapytała retorycznie. Barbara wiedziała, że ta rozmowa nie zakończy się zbyt prędko. Z westchnieniem rezygnacji sięgnęła po zakurzony kieliszek stojący na komodzie i podsunęła go kuzynce licząc na to, że wkrótce cierpki napój złagodzi zmęczenie podróżą i niewygody wątpliwego towarzystwa

Napój był zaskakująco dobry. Słodki smak malin zamknięty w rubinowym napoju, doskonale zmył smak podróży zalegający w gardle, a także zamazał na chwilę obraz ciotki wielkiej jak spichlerz. – Edzia – odezwała się w końcu Barbara. Specjalnie użyła zdrobnienia, gdyż wiedziała jaką to wzbudza irytację. – Mniemam, iż wspominając o ożenku masz na myśli mojego ukochanego brata Jakuba… Cóż, podróżuje on w tej chwili po południowej europie w rozlicznych interesach. Być może jakaś ognista, śniadolica hiszpanka zawróci w głowie…

I nie wiem, czy wiesz – kontynuowała nie bez satysfakcji- ale moja mateńka jest po słowie z pewnym zamożnych szlachcicem z południa naszego kraju. Przyobiecał on swą córkę memu bratu. Wszyscy liczymy na rychłe swatanie albowiem dziewczę słynie z wyjątkowej aparycji i elokwencji

Edeltaruda ze złością tupnęła swoją niemała stopą, łamiąc przy okazji kilka klepek z pięknej, aczkolwiek lekko zaniedbanej, podłogi w kolorze orzechowym. – Zobaczymy – wysyczała przez zaciśnięte usta. – Mój ojciec Ferdynand zdobył kwity, które na zawsze pogrążą waszą rodzinę! Wykrzyczała i trzasnęła wielkimi drzwiami z lekkością, jakby były szufladką w sekretarzyku. „Stąd to zaproszenie”, pomyślała Barbara.

 

SONY DSC

II

Barbara postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza. Rozmowa z kuzynką wyprowadziła ją z równowagi na tyle, że niemal zrezygnowała z wieczornego balu. Z pałacu wyszła wprost na dziedziniec, a stamtąd do pałacowego parku.

Stan parku odzwierciedlał stan majątkowy wujostwa. Juz na pierwszy rzut oka było widać, że ogrodnik stracił pracę jako pierwszy. „Kucharz pewnie odejdzie ostatni” – pomyślała – i znów przed oczami stanęła jej kuzyneczka… Na samo jej wspomnienie zmełła w ustach szpetne przekleństwo. Wychowanie, wychowaniem ale czasami….

Jej myśli wciąż krążyły wokół utarczki z Edeltraudą. Czuła się poniekąd winna zaistniałej sytuacji. Ach, gdyby tylko jej kuzynka wiedziała..

Że nie powinna zadzierać z Barbarą. Przecież gdyby tylko chciała, jednym szybkim ruchem mogłaby pozbawić życia to ogromne ciało… Spędzała sporo czasu z nauczycielem z Nipponu, którego przywiózł Papa z dalekiej podróży.

To on nauczył ją władać kataną i umysłem wroga. Na szczęście Barbara umiała opanować niskie żądze. Nie jej celem było wyrządzać krzywdę słabszym. Skierowała swe kroki ku stajni. Może tam – wśród znajomego pochrapywania, znajdzie nieco spokoju i uporządkuje myśli. Szła zamyślona gdy wtem usłyszała nawoływanie. Z budynków służby usłyszała wyraźnie swe imię.

Nie bała się. Nigdy się nie bała. Niedbałym ruchem poprawiła pelerynę. Tak naprawdę sprawdziła, czy nóż schowany w specjalnej pochwie pod pachą jest na swoim miejscu. Ruszyła w kierunku, z którego dobiegał głos. W cieniu stała postać skrywająca twarz pod obszernym kapturem.

Zza chmur wyłonił się księżyc w pełni. Miesięczny blask oświetlił tajemniczą postać. Barbara wpatrywała się zdumiona…. Czy to możliwe? Czy to On? Naraz przypomniała sobie jak ujeżdżali najznakomitsze ogiery ze stajni stryja po bezkresnych jego włościach.

Kuzyn Bożydar!!! Rudy i pryszczaty towarzysz zabaw z dzieciństwa zmienił się niebywale. On, w przeciwieństwie do matki i siostry był smukły a w oczach tańczył te same ognie co dawniej. Bez słowa pociągnął ją w głąb niskiej przybudówki sąsiadującej ze stajnią.

Chodź – szepnął rozglądając się podejrzliwie. Zza pazuchy dobył butelczynę. Tę samą, której zawartość niedawno spijała z rąk jego siostry. Walniesz grzdyla? – zapytał znaną tylko grupie studentów elitarnych uczelni gwarą. Barbara wiedziała, że jeśli odmówi, zdradzi prawdziwy cel swojej wizyty u stryjostwa

Muszą mieć niezłą piwniczkę na trunki, skoro każdy w tym domu chadza z butelczyną za pasem – pomyślała Barbara biorąc do ręki mały, kryształowy kieliszek., „Kto nie pije, ten kapuje”. Przypomniały się jej słowa dziadka Gerwazego. To po haku – zagadnęła jak przystało na prymuskę najlepszej katolickiej szkoły i znów podstawiła kieliszek.

SONY DSC

III

Barbara omiotła wzrokiem salę balową. Jej bystrym oczom nie umknął żaden szczegół. Nic, co mogłaby wykorzystać tego wieczoru wypełniając swą misję. O nie, nie przyjechała tu wyłącznie zażywać uciech. Kryształowy żyrandol pięknie oświetlał salę. Na tę okazję Stryjostwo jak zwykle sięgnęło po kunsztownie zdobione kielichy, nakazując jednocześnie służbie, by dbała aby wciąż były pełne. Barbara skosztowała trunku. Znała ten smak…

Już po raz trzeci odkąd zjawiła się w chateau (jak zwykł mawiać nadęty stryj) smakowała na swoim podniebieniu doskonałą nalewkę… Ale stoły były zastawione ciasno również innymi delicjami. Na samym środku pysznił się dzik upieczony w całości chociaż z bliska wyglądał bardziej jakby padł ze starości ,  niż został upolowany – nie cieszył się powodzeniem. Półmisek obok wypełniony był po brzegi baranimi oczami, dalej talerze z cynaderkami, obok gęsie szyjki i kacze kupry…

Służba wnosiła wciąż nowe potrawy. Ale ich wątpliwy zapach raczej nie zachęcał do kosztowania. Goście ruszyli w tany gdy tylko orkiestra zagrała pierwsze takty. Jak zwykle na rozpoczęcie swych przyjęć stryj nakazał zagranie poloneza. Barbara prychnęła – Ależ to pretensjonalne…. Udała, że nakłada na talerzyk kawałek udźca, by tylko uniknąć tańca. „Jeszcze będzie okazja” – pomyślała. Na szczęście jej kajecik zapełniał się szybko i już za chwilę rzuci się w wir zabawy. Zerknęła z kim będzie miała przyjemność tańczyć swój pierwszy taniec i na chwilę straciła grunt pod nogami…

Kuzyn Stanisław… Zupełnie o nim zapomniała. Kiedy byli mali zawsze kręcił się w najbardziej ponurych częściach posiadłości – wychodził niespodziewanie z różnych chaszczy albo piwnic z tym swoim dziwnym uśmiechem. Coś niepokojącego czaiło się w jego oczach i Barbara zawsze starała się nie zostawać z nim sam na sam. Krążyły legendy między kuzynostwem, że zwierzęta zachowywały się dziwnie w jego obecności a on sam przez kilka miesięcy przebywał w odosobnieniu. Przymusowym. Stał teraz oparty o stół trzymając w ręku smażone królicze ucho. Był duży i blady. te dwa słowa skutecznie go określały. Muzyka popłynela z podestu dla orkiestry i rozlała się po sali…

Stanisław ruszył w jej kierunku. Niezgrabnie potknął się o wypaczoną ze starości klepkę niegdyś okazałego parkietu. Próbując złapać równowagę złapał w pasie kuzynkę Edeltraudę i razem runęli jak dłudzy. Stanisław podniósł się dość żwawo, kuzynce pomogli nie bez wysiłku czterej rośli młodzieńcy. Barbara uśmiechnęła się pod nosem (a nos miała iście arystokratyczny). Z opresji tańca z kuzynem wybawił ją hrabia Bohdan. Pewnym ruchem poprowadził ją na parkiet, ukłonił w pas i jął obracać w takt walca. Barbara uwielbiała tańczyć. Najznakomitsi tancerze – bywalcy światowych bali – uczyli ją kroków pod czujnym okiem Mamy – równie, jak ona, biegłej w tej sztuce

Mama, zawsze była ozdobą bali wyprawianych przez elitę towarzyską zamieszkującą ich okolice. Błyskotliwy dowcip, znajomość języków obcych, umiejętności krawieckie wzbudzały zazdrość damskiej części towarzystwa. Uroda, a także umiejętność dotrzymywania kroku w biesiadowaniu zachwycała mężczyzn. Młodzi szlachcice wzdychali do niej ukradkiem… Barbara chciała być taka jak ona… Teraz kiedy wirowała w tańcu z hrabia zapomniała na chwilę o tym co ją tu sprowadziło.

Barbara wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. Wdziała swoje futro, które otrzymała w podarku od Papy. Ręką gładziła miękkie włosie, trunek pomału szumiał w głowie. Noc była piękna. Stojąc na tarasie i wpatrując się w gwiazdy próbowała sobie przypomnieć po co tak naprawdę przyjechała… Nie bała się kwitów na swego ojca, którymi pomiędzy słowami została już dziś postraszona. Nie chodziło też o stadninę – wiedziała, że według testamentu Nany będzie jej prawowitą włascicielką. Może zatem o tajemną recepturę Papy?

Ogromny majątek w posiadaniu jakiego była jej rodzina. Posiadłości, ziemia, lasy, klejnoty i dzieła sztuki. Wszystko to zawdzięczali Papie. Jego ponadprzeciętny, oświecony umysl i zdolności które posiadł w młodości sprawiły, że po latach doświadczeń stworzył Recepturę. Najpierw w zaciszu swojej pracowni a potem w największych aulach uniwersyteckich przedstawiał wyniki swoich doświadczeń. Jego naukowe osiągnięcie obiegło świat błyskawicznie. Kupcy zgłaszali się z różnych stron świata. Receptura. Słowo wymawiane z nabożnością… Receptura była wszystkim. Przyszłością, polisą, Tajemnicą, zagadką. Nie była długa – kilka zdań. Wielu chciało ją poznać ale tylko Papa wiedział co skrywa kasa schowana za portretem dziadka…