Happy Birthday, Baś

Kolejne urodzinki, siódme tym razem. Powód do świętowania i refleksji nad upływającym czasem. Dodatkowo jesień nastraja do nostalgicznych przemyśleń. Nie pomagają zewsząd padające: “Ale ona już duża!”, “Kiedy to było!” , “A dopiero taka maciupka była!” i najgorsze “Ale ten czas szybko leci”. Na szczęście tegoroczna jesień traktuje nas ciepłymi chwilami i barwami i jakoś ta melancholia ustępuje miejsca zabawom na świeżym powietrzu.

Ciepłych barw nie brakuje, słońce codziennie raczy złotym zachodem w towarzystwie różowych chmur. I tak mnie to złoto nastroiło i tak mi się spodobało, że nawet paskudna do szycia dziania o nazwie Lama jakoś nie wyprowadziła mnie z równowagi.

Wartość szycia

To będzie bardzo długi wpis.  Najdłuższy ze wszystkich moich dotychczasowych. Ogromne brawa dla tych, którzy dotrwają do końca. Mógł być zwykłym wpisem, raczej galerią zdjęć, jak większość moich dotychczasowych, jednak za sprawą pewnej akcji w środowisku szyciowym zainicjowanej przez Janka Leśniaka postanowiłam temu konkretnemu nadać nieco inny charakter. Już raz miałam okazję w podobny sposób podsumować swój projekt —> KLIK<—- podliczając koszt odszycia zestawu ubrań dla córki. Tym razem jednak akcja “Wartość szycia” skupia się na odpowiedzi na pytanie “Jak myślisz, ile?” – czyli innymi słowy zachęcenie czytelników do rozważań nad czasem, który osoba szyjąca poświęciła na stworzenie konkretnego projektu. Akcja ma na celu uświadomienie wartości naszej pracy i budowaniu szacunku do ubrań szytych na miarę. Gdy akcja ruszyła w grudniu, na warsztacie miałam raptem t-shirty i legginsy, ale w głowie już tworzył się zarys na kolejny – ambitny projekt.

Wpis ten jest historią powstawania płaszczyka dziewczęcego, okoliczności w jakich rodził się pomysł, problemów, dylematów i … ogromnej satysfakcji z ukończonego dzieła. Z pełną świadomością i bez zbędnej kokieterii używam tego określenia przechodząc co jakąś chwilę obok manekina i ciesząc wnętrze dłoni uczuciem miękkości futerka i faktury pikowania.

Sprawczynią całego zamieszania jest członkini grupy Szycie-Wykroje-DIY, Diana, która 22 września zamieściła post z wykrojem płaszcza dziewczęcego. Oczy zaświeciły się, wykrój wylądował w koszyku i… pojawił się pierwszy problem. Zakupu mogła dokonać wyłącznie osoba mieszkająca w Niemczech lub Austrii. Zniechęciłam się, odłożyłam temat na później. Wrócił jednak jak bumerang i 19 listopada po kilku dniach korespondencji ze sprzedawcą udało się pokrętnie zdobyć upragniony plik. Oczywiście kupując go wietrzyłam nadciągającą katastrofę w postaci języka niemieckiego (wykrój i tutorial są po niemiecku) – języka kompletnie poza zasięgiem moich możliwości.  Po dłuższym buszowaniu w sieci udało mi się znaleźć sposób na szybką konwersję pliku PDF do .doc celem późniejszego tłumaczenia za pomocą Google. Tekst po polsku, który zaproponował tłumacz nie nadawał się do niczego, wersja angielska nie wyglądała wiele lepiej. Pozostawało opierać się na ilustracjach, które, na szczęście, towarzyszyły każdemu etapowi szycia.

W facebookowej grupie projektantki wykroju spotkałam się z informacją, że wypada on raczej maławy i należy brać o rozmiar większy, zwłaszcza jeśli planuje się tworzenie wersji ocieplanej. Po wydrukowaniu, sklejeniu i wycięciu elementów dla rozmiaru 116 (Baś nosi 110) przystąpiłam do odszycia próbnego modelu z “roboczej” tkaniny. Pasował idealnie – tzw. slim fit. Nie było jednak mowy by ten sam rozmiar mógł służyć do uszycia elementów docelowego płaszcza. No więc… kolejne drukowanie, sklejanie, wycinanie…

Następny ważny element pracy nad tym modelem to realizacja pomysłu, który zrodził się jeszcze na etapie przygotowywania pikowanej ociepliny do kurteczki —> MEHNDI <—. Szykując tą pikówkę z wykorzystaniem metody pikowania z tzw. wolnej ręki (free motion quilting) oczyma wyobraźni widziałam podobny efekt, ale tym razem na wierzchu ubrania. Kolejny dylemat – jaki motyw pikowania będzie odpowiedni dla tego kroju – rozważałam  w każdej wolnej chwili, przez kolejne dni.  Godzinami pikowałam próbne elementy dopasowując do elementów wykroju.

Biała bawega (uwielbiam tą tkaninę!) spięta szpilkami z owatą w tzw. kanapkę łatwo poddawała się ruchom pod ramieniem maszyny i efekt zadowalał z każdą chwilą bardziej. Wypikowane elementy zostały wycięte wraz z elementami podszewki. Przystąpiłam do zszywania. Po odszyciu próbnego modelu docelowy płaszcz powstał można powiedzieć w oka mgnieniu. Nie obyło się jednak bez dramatu. W trakcie wspólnego odrabiania lekcji z synem przy maszynie (wielozadaniowość jest moją mocną stroną) długopis “niechcąco” zarysował rękaw płaszcza.  Łzy, strona internetowa z poradami, zmywacz do paznokci z acetonem – sytuacja została opanowana.

Miałam wrażenie, że jestem o krok od efektu WOW, brakowało dosłownie szczegółu. Wyróżnienie w konkursie sklepu e-futro i voucher na zakupy tamże podsunęły myśl gdzie szukać przysłowiowej wisienki na torcie. Futerko – biały lisek było u mnie dwa dni po złożeniu zamówienia. Z uwagą przejrzałam tutorial odnośnie cięcia futra i obyło się bez bałaganu. Serio! Ledwo kilka włosków na podłodze. Futro zdecydowałam się przyszyć ręcznie – głównie dlatego, by mieć możliwość łatwego odprucia, gdy zajdzie potrzeba użycia płaszcza w innej, niż zimowa, scenerii.  Trwało to dokładnie całego “Forresta Gumpa” na TVN i połowę “Był sobie chłopiec” na tym samym kanale.

W poszukiwaniach odpowiedniego zapięcia znowu przyszły z pomocą nieocenione współszyjące koleżanki z grupy. Dokładnie wiedziałam jakie wybrać, nie wiedziałam jak ich szukać, pod jaką nazwą. Dziewczyny pomogły: SZAMERUNEK – efektowne zapięcie ze sznureczka. Wiercąca się i już lekko zniecierpliwiona nieustannymi przymiarkami modelka nie pomagała. Doszywanie zapięcia trwało wieczność…

Pozostały akcesoria. Czapa z futra powstała szybciutko, pomógł nieoceniony Youtube z filmikami instruktażowymi. Baś autentycznie lubi to futrzaste nakrycie głowy. Byłyśmy gotowe na sesję. Początkowo planowałam główną sesję zdjęciową w ośnieżonych górach, ale ostatecznie zdecydowałam się na próbne strzały w domowym zaciszu. Przekupiona kapciami  w kształcie jednorożca Baś współpracowała jak nigdy, podrzucając co rusz swoją koncepcję ujęcia.

Pora na podsumowania liczbowe

KOSZT:

  • bawega (1,5 m) – 33 zł
  • podszewka (1 m) – 3 zł
  • ocieplina (1,5) m – 6 zł
  • szamerunek (3 szt.) – 6 zł
  • wykrój – 43 zł
  • materiał do próbnego odszycia – 4 zł
  • nici do pikowania – 7,50 zł

Do całościowego kosztu należałoby doliczyć koszt nowej igły, prądu, tuszu do wydruku i kartek, połowy tubki kleju, no i koszt wysyłki z 3 sklepów internetowych (około 35 zł)

Aby uszyć płaszczyk wydałam 137,50 zł.

CZAS:

  • korespondencja, procedury związane z zakupem wykroju, poszukiwanie tkaniny, szamerunku, nici – 1 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał, wycięcie, odszycie próbne – 4 godz.
  • wydruk, sklejanie, wycięcie elementów z papieru, przeniesienie na materiał – 1,5 godz.
  • kanapkowanie tkaniny z owatą, przeniesienie elementów – 1 godz.
  • próbne pikowanie – 5 godz.
  • docelowe pikowanie – 4 godz.
  • wycięcie wszystkich elementów na docelowy płaszcz – 1 godz.
  • zszycie elementów – 5 godz.
  • przyszywanie ręczne pasków futra – 4 godz.
  • przymiarki, przyszycie zapięcia – 1 godz.
  • uszycie czapki – 1 godz.

Razem – 28,5 godziny. Czasy podane to zsumowane okresy faktycznej pracy pomiędzy wszelakimi rodzinno/domowymi sprawami, które wiązały się z ciągłym wstawaniem od maszyny. Przerwy nie zostały wliczone.

Ale… nie zapominajmy o przygotowaniu tego wpisu:

– sesja zdjęciowa (rozłożenie sprzętu, stylizacja włosów, czas na zdjęcia) – 1,5 godz.

– obróbka zdjęć – 4 godz.

– tworzenie wpisu – 2 godz.

Tak w dużym skrócie wygląda moja praca nad każdym prezentowanym projektem. Oczywiście nie zawsze trwa ona tak długo, czasem bardziej rozwlecze się w czasie, czasem mniej. Niemniej jednak zawsze zaprząta myśli. W trakcie jazdy samochodem, przy obiedzie, przed snem. Czy warto? WARTO! Ta historia nie została jednak spisana, by opisać satysfakcję z udanego projektu. Mam nadzieję, że jak inni uczestnicy akcji Janka, pokazałam, że szycie na zlecenie nigdy nie będzie porównywalne cenowo z zakupem ubrań z sieciówki. W społeczeństwie nadal funkcjonuje przeświadczenie, że krawcowa uszyje taniej.  Pewnie czasem tak będzie, każda szyjąca osoba inaczej wyceni swoją pracę. Ja wolę myśleć, że prawdziwą wartością będzie unikatowa rzecz, uszyta zgodnie z wymiarami, ładnie dopasowana, z wymarzonej tkaniny…

 

 

 

Szkoła baletowa

Planowanie kolejnego szyciowego przedsięwzięcia nie zawsze przebiega tak samo. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie inspiracja. Potrafi zaskoczyć w postaci idealnej tkaniny. Innym razem wybór materiału jest ostatnim punktem przygotowań. Deseń, kolor i faktura – czasem jeden z czynników zadecyduje o wyborze tej, a nie innej tkaniny czy dzianiny, czasem wszystkie trzy. A jeśli wzór nie jest prostym deseniem?  Jeśli ma całą historię do opowiedzenia?

Ta wyjątkowa pętelkowa dzianina trafiła do mnie prosto ze sklepu MADO. Wzór wyjątkowy, acz trudny, zwłaszcza jeśli założeniem ma być ubiór dla dziecka. Elementy nadruku są duże – trzeba było rozsądnie rozmieścić je na ciuszku. No właśnie – na jakim? Może na kolejnej kurteczce? Pora niespecjalnie odpowiednia – nadchodzi zima. Ale znając Basię i jej niespieszny wzrost – będzie na wiosnę idealna.

Zdjęcia kolejny raz zrobiliśmy w otoczeniu pałacu w Kotowie. Już kilka razy wcześniej odwiedzaliśmy to miejsce – wyjątkowe, spokojne i klimatyczne. Nasze poprzednie wizyty możecie obejrzeć tu, tu i tu. Każdy element stroju został starannie dobrany by jak najlepiej dopasować się do opowieści przedstawionej za pomocą grafiki na dzianinie.

Paisley

Za Wikipedią:

“Paisley – wzór wykorzystywany w zdobnictwie tkanin. Pojawił się w Iranie prawdopodobnie na początku naszej ery. Do dziś jest popularny we wzornictwie krajów Bliskiego Wschodu. W Azerbejdżanie i Turcji znany jest pod nazwą buta, zaś w Iranie i Indiach jako botteh lub botha. W Polsce spotyka się określenie „wzór turecki”. Charakterystycznym elementem wzoru jest kształt łzy zakręconej u węższego końca. Nie jest jasne co dokładnie przedstawia wzór i jakie były jego pierwowzór, wspomina się o owocu mango czy migdale.”

I jak tu pozostać obojętnym, gdy sklepy internetowe dosłownie bombardują coraz bardziej interesującymi nadrukami? Ten motyw pojawił się w garderobie Basi już w zeszłym roku. Z dresówki pętelkowej powstała prosta jesienna sukienka i bluzeczka. Kilka miesięcy później w ofercie sklepu pojawił się ten wzór na tkaninie softshell – no i już wiedziałam, że powstanie kolejna kurtka… Wyszła ciut za duża, będzie służyła dłużej ;).

Podobnie jak w przypadku kurteczki Mehndi, zdecydowałam się sama przygotować ocieplinkę – pikówkę (podszewka z owatą przepikowaną we wzór w technice free motion quilting); dostępne w sklepach gotowe pikówki nie pasowały do mojej koncepcji.

W zasadzie nie biorę już pod uwagę innego modelu kurteczki dla córki niż ten. Jest bardzo dziewczęcy i odpowiednio długi by chronić ciałko przed chłodem i wiatrem. Za każdym razem sięgam po tą samą bazę – wykrój na parkę od Chicestilo i solidnie go modyfikuję.

 

Męskie szycie

Mój syn Jakub nie jest fanem wyszukanej garderoby. Uwielbia spodnie dresowe i prosty T-shirt. Rzadko kiedy daje się namówić na elegancki ubiór. Niespecjalnie też szaleje na myśl o moich wizjach ubrania dla niego. Zarzuciłam już jakiś czas temu próby nakłaniania go do obejrzenia asortymentu sklepu internetowego i wyboru wzoru na np. bluzę.

Kurtka jesienna nie była z nim konsultowana. Nie sugerował wyboru materiału. Po prostu kupiłam tkaninę w dresówka.pl i zaczęłam szyć. Gotową kurtkę przyjął z umiarkowanym entuzjazmem,  bez kręcenia nosem – co samo w sobie poczytuję sobie za spory sukces.

Mehndi

Mehndi – “hinduski zwyczaj dekorowania dłoni i stóp panny młodej skomplikowanym wzorem ze sproszkowanych liści henny”.  Wzór zaiste skomplikowany, ale niejednokrotnie zapierający dech w piersiach. Pod taką nazwę znajdziemy przepiękny wzór z najnowszej jesiennej kolekcji sklepu dresowka.pl. Urzekł mnie momentalnie, widziałam kolejny płaszczyk – tym razem z podszewką na chłodniejsze dni. Tkaninowy rachunek sumienia – przejrzenie zapasów i oferty sklepów internetowych nie dało rezultatu w postaci idealnej podszewki pikowanej.  Bo czyż nie byłoby grzechem użycie klasycznej pikówki w romby do tak finezyjnego wzoru? Jakkolwiek dość swobodnie podchodzę do łączenia barw, ten zestaw wzorów nie mógł opuścić mojej pracowni.

Siedzę przed monitorem, wpatruję się we wzór, widzę cień szansy, że świeżutka propozycja sklepu pojawi się na softshellu i nagle – olśnienie! Moja najświeższa fascynacja: free motion quilting – pikowanie z wolnej ręki wydaje się być rozwiązaniem idealnym. Sama zrobię sobie pikówkę! W szufladzie spoczywa podszewka, w składziku owata – pozostało połączyć szpilkami i w efekcie przepikować we wzory nawiązujące to nadruku tkaniny. Nie wiem czy ktoś jest w stanie zrozumieć moją euforię i dumę z pomysłu, która rosła wraz z każdym wbiciem igły w “kanapkę” (połączenie kilku warstw do pikowania).

 

Kamuflaż

Późnosierpniowe poranki i wieczory to pora by zacząć myśleć o garderobie jesiennej. Zeszłoroczne kurteczki softshell, z których Baś już wyrosła, grzeją inne ciałko, a u nas maszyna grzeje się by zdążyć przed prawdziwymi chłodami września (prognozy są szalenie optymistyczne). Pierwsze podejście – kurteczka nr 1 to sprawdzony krój od Chicestilo, modyfikowany na nasze potrzeby. Wcześniejsze realizacje z jego użyciem możecie obejrzeć tu, tu, i jeszcze tutaj.  Tak go polubiłam, że z lenistwa nie szukam już innych (na nadchodzący sezon jesienny szykuję jeszcze co najmniej jedną kurteczkę w tym stylu).

Wykrój to jednak dość wymagający, wymagał pewnych przeróbek, o których pisałam już wcześniej przy okazji prezentacji kurteczki w ptaszki. Kolejne zmiany, to nadanie bardziej “bombkowego” charakteru, który towarzyszy nam już od zeszłego roku (w dwóch różnych wydaniach – zerknijcie na wcześniejsze wydania).  Kilka warstw softshellu do przeszycia to też nie jest najłatwiejsze zadanie – w kilku miejscach szyłam baaardzo powoli posługując się jedynie kołem zamachowym maszyny. Igieł złamanych nie liczę (na takie okazje sięgam po okulary, by przed odłamkami igły chronić swoje oczy).

A miejsce do zdjęć napatoczyło się dość przypadkowo. Miałam inne plany fotograficzne na tą sesję, ale charakter nadruku – charakter kameleonów. Ostatecznie wylądowałyśmy w pachnącej pomidorami szklarni, gdzie wśród zieleni liści i czerwieni owoców, kurtka prezentowała się znakomicie.

 

Chodzi lisek….

Nie znudziły Wam się jeszcze te lisy? I znowu ten sam wzór? No co ja poradzę, że pokochałyśmy go z Basią miłością ogromną? Wcześniej softshell w wersji hard – do projektu wymagającego tkaniny o sztywniejszych właściwościach, teraz odmiana klasyczna (by płaszczyk mięciutko otulał ciałko).

Tym razem modyfikacji wykroju było sporo. W zasadzie z gotowego wzoru wykorzystałam kształt główki rękawa i podkroju pachy oraz ogólny zarys kaptura i jego układ przy szyjce (kaptur zresztą też zmieniłam). Zamarzyła mi się kurteczka o kroju bombki, postanowiłam zatem włączyć marszczenia – kontrafałdy. Jako, że przewidywałam użytkowanie na chłodniejsze dni jesieni, od wewnątrz ociepliłam grubą dresówką drapaną w kolorze morelowym.

I faktycznie jest cieplutka, nieprzewiewna, dobrze chroni przed deszczem i wiatrem oraz jesiennymi temperaturami a, powiedzmy sobie szczerze, jesień w tym roku to jakieś totalne nieporozumienie!

Na jednej się nie kończy…

Wśród moich tkaninowych zdobyczy pluszowy róż prezentował się niezwykle obiecująco! Przemiła w dotyku, w ślicznym odcieniu, ale w ilości nie rokującej większego przedsięwzięcia – raptem 0.5 metra bieżącego. Pomysł zrodził się, gdy dotarła przesyłka z mięciutką ekoskórą. I odkładany na niesprecyzowaną przyszłość zakupiony kilka lat temu wykrój na kurteczkę od Heidi and Finn. Jedno popołudnie i  nieco przeklinania mało posłusznej dzianiny później, w garderobie córci pojawiła się kolejna kurteczka na nadchodzącą jesień – taką chłodniejszą, bo z pluszową podszewką.

Nie obyło się bez wpadki tym razem – puchatą warstwę spodnią skroiłam nie bacząc na kierunek włosia. I tak, zamiast gładko układać się w dół, futro w kurteczce Basi zadziornie układa się w górę.

Do startu, gotowi, start…!

Nie będzie w tym roku szycia na łapu-capu, nie będę przepychać się wśród Lidlowych koszy, by zdobyć średniej jakości softshellową kurteczkę. Co sezon jakoś spóźniam się z zakupem okryć wierzchnich, najczęściej łapię się na posezonowe wyprzedaże. Tym razem postanowiłam wyprzedzić sezon. Po wiosennym sukcesie w zmaganiach z nowym typem tkaniny – parka z softshellu w ptaszorki, bez wahania postanowiłam jeszcze raz spróbować swoich sił w kurteczkowym klimacie. Tym razem bez podszewki, na cieplejsze dni.  Tkanina wygrana w konkursie sklepu Dresówka.pl, zatem koszt odszycia ubranka zamknął się w kilku złotych – zamek, gumka, galanteria plastikowa.

Baś polubiła kurteczkę od pierwszego założenia. Z radością zgodziła się na fotograficzny spacer po parku